Niedzielne gadanie w stodole: polityczne psy, co szczekają, a nie gryzą

Warszawa

Siedzimy w starej, trzeszczącej stodole na obrzeżach Bielejewa – ja, wygnany za wolnomyślicielstwo, „filozof” z kuflem piwa w jednej ręce i ziarnkiem prawdy w drugiej, i moi kompani – garstka chłopów, co woleli wiejską refleksję od miejskiego przecieru mózgowego. Niedziela handlowa, więc wieś wymarła – wszyscy pojechali kupować, jakby im szynkę w promocji z nieba rzucano. A my tu – rozkminiamy przyszłość Polski, jakbyśmy łuskali groszek: łuska po łusce, nadzieja po nadziei. Bo jak nie my, to kto? Tusk?

Donald to nasz polski Gandalf, co przychodzi, gdy wszystko płonie, rzuca: „zachowajcie się przyzwoicie”, i znika w smugach absurdu. Stary wilk z unijnego lasu, który – co by nie mówić – jako jedyny wie, że demokracja to nie ciasto na pierogi. On nie musi krzyczeć. Wystarczy, że stoi, patrzy i milczy, a reszta politykierów natychmiast dostaje wysypki. Patrzysz na niego i myślisz: no dobra, przynajmniej ten jeden nie przyjechał do sejmu na hulajnodze.

A reszta? Reszta to wiejski jarmark z przekupniami i trzema sołtysami, z których każdy ma swój głośnik i gra co innego. Jarosław Kaczyński – patriarcha bez pola, który wciąż rządzi, jakby był Bogiem z GPS-em: wszystko widzi, wszystko wie i zawsze skręca w prawo. On jedyny wie, kto winny i dlaczego Tusk. Polska jego marzeń to skansen z izbą pamięci i planszą z napisem: „Nie dotykać wolności”.

Duda, prezydent krajobrazu, co nie podpisuje ustaw, bo nie lubi wiatru od wiatraka. Człowiek, który sam siebie zaskakuje decyzjami i wygląda, jakby codziennie był świadkiem własnej inauguracji. Jego veto to jak wiejski list gończy – nie wiadomo, czy kogoś szuka, czy po prostu lubi papier.

A potem wchodzi Nawrocki – nowy prezydent z katalogu IPN-u. Twarz do paszportu, charyzma z kartonu po butach i przekonanie, że historia to jego prywatny album. Gość, który na słowo „pluralizm” reaguje jak kura na kalkulator. Demokracja? Zna, ale z opowieści.

Czarnek? Minister edukacji jak z kabaretu. Marzy mu się szkoła, gdzie dzieci uczą się na pamieć listy biskupów i numeru buta papieża. Jego reforma edukacji przypomina gotowanie bigosu z gwoździ – jest twardo, pachnie podejrzanie i boli przy trawieniu.

Hołownia to taki kogut, co zapomniał jak się pieje, ale dalej wskakuje na płot. Niby świeżak, niby centrysta, ale coraz częściej przypomina worek z ziarnem, co się wysypał zanim dojechał na pole. Próbuje być mediacyjnym mężem stanu, ale wychodzi mu to jak modlitwa na pikniku: ani głęboko, ani smacznie.

Kosiniak-Kamysz to chłop z miasta, który udaje, że jest chłopem ze wsi. W gumiakach na galę, z zapałem do kompromisu, który w sejmie brzmi jak kpina. Mówi ładnie, ale nikt go nie słucha, bo w polityce kto nie krzyczy, ten nie istnieje.

Czarzasty? Baron Lewicy z mikrofonem, co wciąż walczy o sprawiedliwość społeczną jak w latach 70. Głos ma donośny, ale echo już słabe. Chciałby naprawiać Polskę, ale zapomniał, gdzie się włącza mapę.

A naród? Naród kupuje – telewizory, kiełbasę, i obietnice. A potem, jak nie wyjdzie, to wini wszystkich, tylko nie siebie. I tu dochodzimy do zjawiska pani Krystyny i jej licznych kuzynów – obrażonych na demokrację. Ludzi, którzy tęsknią za normalnością, ale nie chcą za nią iść, tylko żeby przyszła pod drzwi. Chcieli demokracji, ale myśleli, że będzie cicho, grzecznie i wszyscy będą się zgadzać. A tu masz babo demokrację: głośna, nieporadna, pełna kompromisów i niekończących się debat. I teraz ci wszyscy rozczarowani krzyczą, że to nie to, że miało być lepiej, że to „zabawa”. Tylko nikt nie pyta: gdzie był ten rozum, kiedy oddawano głosy, kiedy wierzono w cudowne pojednanie, gdy nie przeczytano nawet jednego punktu programu.

Niechże ci rozczarowani spojrzą w lustro, bo może tam siedzi winny. Demokracja to nie kółko gospodyń, tylko spotkanie z rzeczywistością. Nie da się równie myśleć w kraju, gdzie jeden chce kładki nad rzeką, a drugi tam chce port lotniczy. I dobrze! Bo przynajmniej mamy o co się spierać.

Więc może zamiast gderać, że politycy to idioci, należy uznać, że po prostu nie ma cudotwórców. Są tylko ci, co jeszcze mają ochotę wstać rano i iść do pracy, gdzie zamiast kromki chleba dostają w ryj od opinii publicznej.

A my? My w tej stodole, z piwem i filozofią – będziemy słuchać, patrzeć, kpić i czasem przypominać: Polska to nie jest spójna narracja, to zbiorowa awaria marzeń, która jakoś wciąż jedzie. I dopóki można się śmiać, dopóty nie jest źle.

Na zdrowie, Polsko. Znowu ci się coś rozlało.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights