
Niedzielny poranek ma w sobie coś z dawnej pocztówki, którą ktoś zapomniał wysłać czterdzieści lat temu. Świat jeszcze nie zdążył się rozpędzić, dzień stoi w miejscu jak pociąg na bocznicy, a człowiek przez chwilę ma złudzenie, że wszystko jest proste i uporządkowane.
Za oknem lekki mróz, taki symboliczny – minus jeden stopień, który bardziej szczypie w nos niż naprawdę mrozi. Z nieba spada drobny śnieg. Nie pada naprawdę. Raczej krąży w powietrzu jak kurz w starym teatrze, kiedy scenograf właśnie podnosi kurtynę.
Dom śpi.
Na tarasie cisza, jakiej nie zna żaden newsroom i żaden parlament. Zegar tyka z godnością emerytowanego urzędnika. Ekspres paruje jak lokomotywa na prowincjonalnej stacji. Kawa pachnie jak obietnica rozsądnego świata – takiego, w którym politycy mówią prawdę, miliarderzy mają poczucie humoru, a wojny prowadzą wyłącznie historycy w książkach.
Normalni ludzie o tej porze jeszcze śpią. Albo przeciągają się leniwie pod kołdrą, planując niedzielę w najrozsądniejszy z możliwych sposobów: spacer, kościół, rosół, rodzinny obiad, może kawa u teściowej.
Normalni ludzie nie zaczynają dnia od czytania wiadomości ze świata.
Ja nigdy nie twierdziłem, że jestem normalny.
Siedzę więc przy biurku z kubkiem kawy i papierosem. Patrzę przez okno na wirujący śnieg i czytam, co się dzieje na świecie. I im dłużej czytam, tym bardziej rośnie we mnie uczucie dobrze znane wszystkim, którzy mają nieszczęście interesować się polityką.
Wściekłość zmieszana z rozbawieniem.
Bo są na świecie ludzie, których nie sposób traktować wyłącznie poważnie. Oni są jednocześnie groźni i komiczni. Jak klaun z nożem w ręku.
Dziś myślę o dwóch takich postaciach. Donaldzie Trumpie i Marku Zuckerbergu. Dwóch panach, którzy każdy na swój sposób postanowili poprawić świat.
Jeden robi to bombami.
Drugi algorytmami.
I czasami naprawdę trudno powiedzieć, który z nich jest bardziej niebezpieczny.
Najpierw Trump.
Wyobraźmy sobie scenę w Białym Domu. Nie taką z poważnych kronik dyplomatycznych. Raczej scenę jak z amerykańskiego filmu klasy B. Gabinet Owalny. Grube dywany. Na ścianach portrety prezydentów, którzy przynajmniej udawali, że czytają książki. Przy biurku stoi Donald Trump. Pochylony nad mapą świata jak chłopiec nad planszą do gry „Ryzyko”. Na mapie Iran. Trump patrzy chwilę, marszczy brwi i mówi:
– Zbombardujmy ich.
Doradcy spoglądają po sobie. W takich momentach człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego w starożytnym Rzymie senatorowie czasem naprawdę woleli otruć cesarza.
– Dlaczego? – pyta ktoś ostrożnie.
Trump wzrusza ramionami. Bo chcieli zaatakować pierwsi. Wczoraj chodziło o broń atomową. Przedwczoraj o rakiety. Tydzień temu o demokrację.
Trump zmienia powody wojny z szybkością sprzedawcy nieruchomości zmieniającego historię mieszkania z wilgocią. Najpierw mówi, że operacja potrwa miesiąc. Potem cztery tygodnie bombardowań. Potem, że to dopiero początek. A wreszcie oznajmia z miną właściciela sklepu z fajerwerkami:
– Mamy praktycznie nieograniczone zapasy broni.
To zdanie brzmi w ustach człowieka, który nigdy nie był na wojnie, jak deklaracja dziecka stojącego nad pudełkiem petard. Trump nie widział wojny. Udało mu się od niej wymigać dzięki chorobie pięty, która – jak twierdziła dokumentacja – była na tyle poważna, że uniemożliwiała służbę wojskową, ale jednocześnie nie przeszkadzała w grze w golfa.
Historia zna takich bohaterów. Największymi jastrzębiami bywają ludzie, którzy proch znają tylko z filmów. I Trump jest ich królem. Królem ludzi, którzy nigdy nie widzieli frontu, ale z zapałem projektują mapy bitew przy biurku. W jego głowie strategia wygląda jak telewizyjny reality show: trochę huku, trochę dymu, a potem konferencja prasowa, na której można powiedzieć, że świat znów zobaczył, kto tu jest szeryfem. Królem papierowych jastrzębi, którzy najodważniej walczą cudzymi synami i cudzymi rakietami. W jego ustach wojna brzmi jak promocja w supermarkecie: dziś Iran, jutro może coś jeszcze, a wszystko w pakiecie z patriotyzmem i telewizyjnym uśmiechem.
Ale ta wojna ma jeszcze jeden zapach. Zapach skandalu. Bo w tym samym czasie w amerykańskich gazetach znów zaczęły krążyć historie o pewnym bardzo przedsiębiorczym panu, który przez lata organizował przyjęcia dla bogatych ludzi i dostarczał im nieletnie dziewczęta jak kelner dostarcza drinki.
Trump znał go doskonale. Przyjaźnili się. A kiedy przyjaźnie z takimi ludźmi zaczynają nagle wracać na pierwsze strony gazet, polityk ma do wyboru dwie drogi. Albo się tłumaczyć.
Albo zrobić coś tak spektakularnego, że nikt już nie będzie zadawał pytań. Na przykład rozpocząć wojnę.
Hollywood wymyśliło to trzydzieści lat temu w filmie „Fakty i akty”. Trump po prostu uznał, że to świetny scenariusz.

Ale nawet Trump nie byłby tak skuteczny, gdyby nie drugi bohater tej opowieści. Mark Zuckerberg.
Wyobraźmy sobie jeszcze jedną scenę. Wielka sala konferencyjna w Dolinie Krzemowej. Stoły z jasnego drewna, szklane ściany, ludzie w bluzach z kapturem, którzy zarabiają tyle, ile kiedyś zarabiali tylko właściciele kopalń. Na środku siedzi Zuckerberg – chłopak w T‑shircie, który wygląda jak student spóźniony na egzamin z matematyki.
Ktoś mówi o odpowiedzialności platformy za świat. Ktoś inny o demokracji a Zuckerberg patrzy na ekran z wykresami i pyta spokojnie:
– A ile to ma kliknięć?
Człowiek, który wygląda tak, jakby całe dzieciństwo spędził w piwnicy z komputerem, a potem ktoś przez pomyłkę oddał mu pół planety. W jego świecie wszystko jest proste. Ludzie klikają. Algorytmy liczą. Reklamy płacą.
I tak powstało największe imperium emocji w historii. Facebook.
Na początku była to sympatyczna zabawka studentów. Zdjęcia z imprez. Znajomi ze szkoły. Głupie komentarze. Ale potem Zuckerberg odkrył najważniejszą prawdę o człowieku. Człowiek kocha złość. Zuckerberg odkrył to z chłodną precyzją entomologa przypinającego owada do tablicy. Okazało się, że jeśli człowieka trochę podrażnić, trochę sprowokować i od czasu do czasu podsunąć mu kogoś, kogo można nienawidzić, będzie siedział przed ekranem jak zahipnotyzowany. A każda sekunda tego siedzenia zamienia się w reklamę, w pieniądz, w kolejne piętro cyfrowego pałacu imperatora w T‑shircie.
Złość przyciąga uwagę jak światło przyciąga ćmy. Im więcej gniewu, tym więcej kliknięć. Im więcej kliknięć, tym więcej pieniędzy. I tak powstała wielka maszyna do produkcji oburzenia.
Profesorowie od internetu mówią o niej pięknie. Czarna dziura. Wciąga wszystko. Ludzi. Pieniądze. Prawdę.
A na zewnątrz wypuszcza głównie hałas.
Trump odnalazł się w tej czarnej dziurze jak rekin w oceanie. Bo nikt tak dobrze jak on nie potrafi produkować gniewu. Trump jest idealnym produktem Facebooka. A Facebook idealnym środowiskiem dla Trumpa. Jak bagno dla komarów albo mikrofon dla kaznodziei, który odkrył, że najłatwiej gromadzić tłumy, strasząc piekłem.
To symbioza. Jak rekin i pilot. Albo – jeszcze trafniej – jak kuglarz i jarmark, który potrzebuje jego sztuczek, żeby ludzie nie zauważyli, że kieszenie już dawno zostały opróżnione.
I w tym miejscu warto wyobrazić sobie jeszcze jedną scenę.
Jest wieczór gdzieś w Polsce. Człowiek siedzi na kanapie, telefon świeci mu w twarz jak latarka w ciemnym lesie. Przewija ekran. Jeden post. Drugi. Trzeci. Ktoś się oburza. Ktoś krzyczy. Ktoś ogłasza koniec cywilizacji.
Algorytm patrzy na to wszystko z zimną cierpliwością księgowego.
I mówi: więcej. Więcej gniewu. Więcej kłótni.
Bo każda awantura w komentarzach to dla imperium Zuckerberga to samo, czym dla kasyna jest kolejna moneta wrzucona do automatu. Albo – jeszcze trafniej – jak kuglarz i jarmark, który potrzebuje jego sztuczek, żeby ludzie nie zauważyli, że kieszenie już dawno zostały opróżnione. Albo – bardziej współcześnie – jak populista i algorytm.
Siedzę więc w tę niedzielę przy biurku, piję kolejną kawę i patrzę przez okno na śnieg. Myślę o tym, że świat jeszcze nigdy nie był tak dziwnym miejscem. Bo dawniej światem rządzili królowie, generałowie i papieże.
Dziś rządzą nim dwaj panowie. Jeden bawi się wojną jak dziecko plastikowymi żołnierzykami. Drugi zamienił ludzką rozmowę w gigantyczną maszynę do produkcji „angry face”.
I czasami mam wrażenie, że cała nasza cywilizacja przypomina ogromny eksperyment społeczny. Laboratorium, a my wszyscy jesteśmy w nim myszami. Klikamy. Oburzamy się. Kłócimy.
I nawet nie zauważamy, że gdzieś wysoko nad nami siedzi dwóch panów.
Jeden z czerwonym guzikiem. Drugi z algorytmem. I obaj patrzą na świat z tym samym pytaniem w oczach.
Jak daleko można się jeszcze posunąć.
A potem przychodzi myśl jeszcze bardziej niepokojąca. Bo może oni wcale nie pytają o granice. Może sprawdzają tylko, jak długo publiczność będzie jeszcze siedzieć na widowni tego cyrku.
I nagle człowiek rozumie jedną rzecz. Świat nie został oddany w ręce tyranów. Świat oddano w ręce klaunów.
A historia uczy jednej rzeczy.
Najgroźniejszy moment w cyrku zaczyna się wtedy, gdy klaunowi ktoś przez pomyłkę powierzy stery lokomotywy.
A klaun – gdy wreszcie dostanie do ręki czerwony guzik – zawsze naciśnie.

Dodaj komentarz