NIEDZIELA W CZASACH WIELKIEGO BLEFU

Warszawa

Niedzielny poranek ma w sobie coś z rozejmu. Świat jeszcze nie zdążył się porządnie pokłócić. Telewizje dopiero rozgrzewają ekspertów. Politycy jeszcze nie opublikowali wszystkich obrażonych wpisów. Nawet internet wygląda przez chwilę tak, jakby ktoś spuścił z niego trochę powietrza. Człowiek siada z kawą przy oknie i przez krótką chwilę wierzy, że cywilizacja jednak przetrwa.

Kawa pachnie kawą. Słońce świeci tam, gdzie powinno. Sąsiad wyprowadza psa. Gołębie wykonują swoje codzienne obowiązki związane z terroryzowaniem parapetów. Wszystko wygląda normalnie. Przez kilka minut można nawet odnieść wrażenie, że świat nadal działa według jakiegoś planu.

Potem człowiek otwiera wiadomości i wszystko wraca do normy. Oto znowu siedzimy między Ameryką a Europą jak nieszczęsny krewny na rozwodzie bogatych rodziców. Mama mówi jedno. Tata mówi drugie. Wujek z Moskwy zagląda przez płot i udaje, że nic go nie obchodzi, choć od rana stoi z lornetką i notuje wszystko w kajeciku.

A Polska? Polska od trzydziestu lat próbuje zgadnąć, przy którym stole usiąść. To jest zresztą nasze narodowe hobby. Jedni patrzą na Waszyngton z nabożeństwem pielgrzyma oglądającego relikwie. Drudzy spoglądają na Brukselę jak uczeń na dobrze odrobioną pracę domową. Trzeci są przekonani, że najlepiej byłoby obrazić wszystkich jednocześnie i ogłosić strategiczną samowystarczalność.

Ci ostatni przypominają człowieka, który wyrzuca telefon, samochód i lodówkę, po czym triumfalnie oznajmia, że od dziś będzie żył całkowicie niezależnie. Przez dwa dni wygląda to imponująco. Trzeciego dnia pożycza od sąsiada ładowarkę, samochód i czajnik.

W samym środku tego geopolitycznego kabaretu siedzi Donald Trump, najbardziej nieprawdopodobny polityk współczesnego świata. Gdyby amerykańska demokracja była serialem, scenarzyści dawno zostaliby pozwani za brak realizmu. Człowiek budzi się rano i nie wie, czy prezydent największego mocarstwa świata zamierza właśnie ratować pokój, kupić Grenlandię, obrazić Kanadę, pokłócić się z Europą czy ogłosić nową doktrynę bezpieczeństwa przy pomocy wpisu napisanego między bekonem a drugą kawą.

Trump przypomina właściciela kasyna, który jednocześnie rozdaje karty, obstawia ruletkę i przekonuje wszystkich, że ma dokładny plan. Problem polega na tym, że czasami wygląda, jakby ten plan poznawał razem z resztą świata.

Kiedy pojawiają się informacje o dodatkowych amerykańskich żołnierzach w Polsce, natychmiast rozpoczyna się narodowa dyscyplina sportowa. Konkurs o ustalenie ojcostwa sukcesu. Karol Nawrocki? Donald Tusk? Minister? Wiceminister? Ambasador? A może pani Krysia z sekretariatu, która wyjątkowo sprawnie przekierowała telefon?

Patrząc na te spory, człowiek odnosi wrażenie, że za chwilę ktoś ogłosi konferencję prasową poświęconą heroicznemu podpisaniu formularza albo skutecznemu odnalezieniu numeru do Pentagonu.

Nikt nie zastanawia się, dlaczego państwo liczące niemal czterdzieści milionów mieszkańców, wydające rekordowe pieniądze na zbrojenia, kupujące czołgi, samoloty, rakiety, systemy obrony powietrznej i wszystko, co ma gąsienice, śmigło albo zdolność wywoływania eksplozji, nadal reaguje na każdą decyzję Waszyngtonu z emocjami dziecka czekającego na telefon od bogatego wujka z Chicago.

Jesteśmy trochę jak człowiek, który przez trzydzieści lat buduje dom. Kupuje alarm. Montuje monitoring. Zakłada rolety antywłamaniowe. Sprowadza psa obronnego wielkości małego niedźwiedzia. A potem codziennie rano pyta sąsiada, czy przypadkiem nie mógłby jednak przyjść posiedzieć z nami w nocy.

Polska prawica od lat wierzy, że klucz do bezpieczeństwa znajduje się w Waszyngtonie. Im bardziej nieprzewidywalny staje się Trump, tym bardziej przypomina to religię. Każdy jego ruch jest dowodem geniuszu. Każde zaprzeczenie wcześniejszym deklaracjom staje się elementem tajemniczego planu. Każda sprzeczność okazuje się wyższą formą konsekwencji.

Gdyby Trump ogłosił jutro, że Floryda dryfuje w stronę Grenlandii, jeszcze przed obiadem pojawiłyby się analizy tłumaczące, że właśnie jesteśmy świadkami przełomu w geopolityce północnego Atlantyku.

Ale nie śmiejmy się wyłącznie z prawicy. Europa ma własne dziwactwa. Od lat przypomina zarząd ogromnego biurowca, który organizuje konferencje o bezpieczeństwie przeciwpożarowym, podczas gdy w piwnicy ktoś regularnie podpala stare gazety. Powstają strategie, deklaracje, mapy drogowe, białe księgi, zielone księgi, raporty, programy i inicjatywy. Europa produkuje dokumenty z wydajnością niemieckiej fabryki. Rosja produkuje amunicję i niestety to nie kolor księgi decyduje później o wyniku starcia.

Patrząc na europejską politykę bezpieczeństwa, czasami mam wrażenie, że przypomina klub miłośników gaśnic, który od trzydziestu lat organizuje seminaria o pożarach, ale nigdy nie sprawdził, czy w środku znajduje się proszek.

I oto Polska znalazła się między tymi dwoma światami. Między Ameryką, która coraz częściej wygląda jak imperium zarządzane metodą prób, błędów i wpisów w mediach społecznościowych, a Europą, która przypomina korporację organizującą spotkanie dotyczące przygotowań do kolejnego spotkania.

Jedni wierzą, że uratuje nas Trump. Drudzy wierzą, że uratuje nas Bruksela. Trzeci wierzą, że uratujemy się sami. Ci ostatni są szczególnie rozczulający. Ich wizja przypomina człowieka dryfującego samotnie przez Atlantyk na dmuchanym materacu, który z dumą oznajmia, że nie potrzebuje żadnych statków.

Potrzebuje. Po prostu jeszcze o tym nie wie. Prawda jest bowiem znacznie mniej romantyczna niż polityczne przemówienia. Mocarstwa nie mają przyjaciół. Mają interesy.

I właśnie kiedy człowiekowi wydaje się, że to wszystko są tylko akademickie rozważania dla fanów map, mundurów i kolorowych strzałek w telewizyjnych studiach, rzeczywistość postanawia przypomnieć, że geopolityka jest sportem kontaktowym.

W ostatnich dniach zza Atlantyku zaczęły płynąć sygnały, które powinny postawić do pionu nawet najbardziej romantycznych wyznawców amerykańskiej opieki. Pentagon zapowiada ograniczenie części swojego zaangażowania w europejskie struktury obronne i coraz wyraźniej mówi o tym, że Europa powinna przejąć większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo. Amerykanie nie ukrywają już, że ich główna uwaga przesuwa się w stronę Chin i Indo-Pacyfiku.

Nie jest to zresztą żadna zdrada ani sensacja. To po prostu polityka mocarstwa. Stany Zjednoczone patrzą dziś na świat jak właściciel ogromnej firmy, który odkrył, że prowadzi jednocześnie pięćdziesiąt oddziałów i zaczyna się zastanawiać, czy nie warto kilku z nich pozostawić samym sobie.

Europa od lat słyszała te ostrzeżenia. Problem polega na tym, że wielu europejskich polityków traktowało je jak komunikaty bezpieczeństwa wyświetlane przed startem samolotu. Wszyscy słuchają, nikt nie zwraca uwagi.

Najbardziej niepokojące jest jednak to, że ograniczenia mają dotyczyć właśnie tych zdolności, które stanowią kręgosłup natowskiego odstraszania: lotnictwa, logistyki, szybkiego przerzutu wojsk i wsparcia dla państw frontowych. Innymi słowy, tego wszystkiego, co w razie kryzysu decyduje o tym, czy pomoc przyjedzie szybko, czy zostaniemy z patriotycznym uniesieniem i numerem alarmowym do Brukseli.

To brutalne przypomnienie, że artykuł 5 Traktatu Waszyngtońskiego nie jest magicznym zaklęciem z Harrego Pottera. Nie działa dlatego, że został zapisany na papierze. Działa dlatego, że stoją za nim realne samoloty, realni żołnierze, realne magazyny amunicji i realna wola polityczna. Jeśli któregoś z tych elementów zaczyna brakować, nawet najpiękniejsze deklaracje zaczynają przypominać polisę ubezpieczeniową wystawioną przez firmę, która właśnie zamyka biuro.

I nagle okazuje się, że największym problemem Polski nie jest to, czy bardziej kochamy Trumpa, czy bardziej wierzymy Brukseli. Największym problemem jest to, że przez lata zachowywaliśmy się jak pasażer siedzący przy wyjściu ewakuacyjnym, który był święcie przekonany, że ktoś inny przeczyta instrukcję bezpieczeństwa.

Tymczasem Polska od czasu do czasu zachowuje się tak, jakby geopolityka była konkursem popularności. Jakby wystarczyło znaleźć odpowiedniego patrona. Jakby bezpieczeństwo było programem lojalnościowym, w którym po zebraniu odpowiedniej liczby punktów otrzymuje się gwarancję niepodległości.

Historia jest pod tym względem bezlitosna. Największe katastrofy zaczynają się wtedy, gdy średnie państwa zaczynają mylić własne interesy z cudzymi obietnicami. Dlatego z pewnym rozbawieniem obserwuję kolejne narodowe spory o Trumpa, Europę, NATO, strategiczną autonomię, sojusze i wszystkie te wielkie hasła, które brzmią znakomicie w studiach telewizyjnych. Przypominają mi rodzinę kłócącą się przy niedzielnym rosole. Jeden twierdzi, że najważniejsza jest marchewka. Drugi upiera się przy pietruszce. Trzeci jest przekonany, że wszystkiemu winny jest seler. Tymczasem garnek stoi na wyłączonym gazie.

I właśnie to jest dzisiaj największy problem Polski. Nie to, czy bardziej kochamy Waszyngton. Nie to, czy bardziej wierzymy Brukseli. Nawet nie to, czy Trump jest geniuszem, szaleńcem czy jednym i drugim jednocześnie.

Prawdziwe pytanie brzmi, czy potrafimy wreszcie przestać zachowywać się jak kibice cudzych drużyn i zacząć myśleć jak państwo. Między Trumpem, Putinem, europejskimi biurokratami i wszystkimi wielkimi chłopcami światowej polityki istnieje jedna wspólna cecha. Każdy z nich przede wszystkim dba o siebie a my ciągle reagujemy na to odkrycie z takim zdumieniem, jakby ktoś właśnie poinformował nas, że woda jest mokra.

I może właśnie od tej banalnej, nudnej, pozbawionej romantyzmu prawdy warto zacząć niedzielę,  zanim kawa wystygnie, a kolejny polityk ogłosi, że właśnie odkrył sekret geopolityki, historii i wszechświata. Zwykle kończy się to dokładnie tak samo. Rachunek przychodzi później. i jak zawsze płacą go zwykli ludzie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights