


Karol Nawrocki postanowił objawić się ludowi. Udział w Orszaku Trzech Króli potraktował niczym objazdowy teatr jednego aktora: on, jego żona, dziecko i ego, które nie mieści się już w żadnym oficjalnym aucie prezydenckim. Przemarsz miał być świętem duchowości, ale jak to bywa, gdy na horyzoncie pojawia się Nawrocki – znów wyszedł kabaret. Taki dla ubogich. Umysłowo.
Z mikrofonem od TV Republika w ręce i miną wyjętą z plakatu wyborczego z 2025 roku, Nawrocki wygłosił swoje złote myśli: Polska jest przywiązana do tradycji katolickich. Dobrze, że to powiedział, bo kraj do tej pory był w zawieszeniu między buddyzmem a technopogaństwem. Na pytanie, jak się czuje jako obiekt zainteresowania tysięcy ludzi, odpowiedział z godnością obrażonego celebryty z przeterminowanego reality show: „Cieszę się, że pani o to pyta, bo właśnie zamierzam pójść do ludzi”. I poszedł. Niczym Jezus na spotkanie z tłumem. Tylko bardziej drętwo.
Problem w tym, że Nawrocki nie idzie do ludzi – on przechodzi obok nich. Nie rozmawia. Deklamuje. Gdyby mógł, nakleiłby swoje cytaty na aureolach Trzech Króli. W jego wydaniu prezydentura to nie misja, tylko występ. A państwo? To scenografia. Ten człowiek z edukacji historycznej zrobił grę planszową, w której wszystkie pionki to on, a pion przeciwnika to Donald Tusk.
PRZYDACZ I ZBYT WIELE BOGUCKIEGO
Otoczenie Nawrockiego przypomina źle obsadzony musical. Mamy tu Marcina Przydacza, człowieka, który zna wszystkie odpowiedzi na pytania, których nikt nie zadał. Jego specjalność to dialog z lustrem i zarządzanie komunikatem: „To nie nasza wina, to Tusk”. Przydacz wygląda, jakby żył w symulacji polityki, gdzie wszystko dzieje się na green screenie.
Z kolei Bogucki to typ działacza, który myli misję publiczną z autopromocją. Brzmi jak nazwisko wymyślone przez redaktora kabaretowego. Niestety, zasiada przy stole z powagą, której nikt inny nie dzieli. Kiedy go słuchać, można odnieść wrażenie, że Kancelaria Prezydenta zamieniła się w redakcję gazetki szkolnej – tylko zamiast kredy, używają rozporządzeń.
To nie jest przypadkowa zbieranina. To system. Rekonstrukcja gabinetu z czasów, gdy propaganda była z tektury, a urzędnik musiał wyglądać jakby uciekł z podręcznika do WOS-u z 1998 roku.
PIĘKNE SONDAŻE I BRZYDKIE ZAPACHY KACZYŃSKIEGO
W tle, jak cień przeszłości, Kaczyński zwołuje narady. W stylu partyzanckim, z duszą wojownika i ciałem emeryta. Jego powrót z politycznej emerytury ma dodać PiS-owi energii, ale przypomina bardziej próbę odpalenia starej syrenki w zimowy poranek. Iskra jest. Ale silnik nie odpala.
PiS planuje wystawić technicznego premiera. Zważywszy na ich kreatywność, możemy się spodziewać czegoś między chatbotem a figurką z kiosku. W tle słychać tylko jedno: „Nowe otwarcie”. Choć wygląda na to, że otwierają nie drzwi do przyszłości, ale wieko politycznej trumny.
A w tle, jak dźwięk syreny ostrzegawczej na tonącym okręcie, bije kolejny sondaż IBRiS. Koalicja Obywatelska na czele z Tuskiem utrzymuje przewagę, choć z niewielką różnicą: 31,6% poparcia. PiS ledwo zipie na 26,7%. Ale to nie koniec – Konfederacja, ta prawicowa wesoła kompania z obsesją na punkcie złota, depcze po piętach z 12%. A teraz uwaga – Konfederacja Korony Polskiej, czyli Braun i jego banda urojonych proroków, wskakuje do Sejmu z 8,8%. Można się śmiać, ale to już śmiech przez zęby.
Razem, PSL i Polska 2050 poza progiem. Świeżość Trzeciej Drogi okazała się być jednodniową sałatką w pudełku – szybko zwiędła. Lewica z 7,5% walczy o pozostanie w grze, choć bardziej przypomina zawodnika, który myśli, że mecz toczy się o ideę, a nie punkty.
I jeszcze jedno: aż 46,5% badanych deklaruje, że zagłosują. Czyli ponad połowa społeczeństwa nadal woli grillować, niż wybierać. Oto stan demokracji w kraju, w którym ludzie bardziej wierzą w horoskop niż w państwo.
CZARZASTY WALCZY Z USTAWĄ, ALE GŁÓWNIE ZE SWOIM IMAGE’EM
Po drugiej stronie sali sejmowej – Czarzasty. Wiecznie zamyślony, wiecznie obrażony, wiecznie nieprzygotowany do walki, ale za to gotów do selfie. Reforma Państwowej Inspekcji Pracy miała być sztandarem Lewicy, ale skończyło się na transparentach. Tusk, trzeźwy jak środkowoeuropejski rachunek zysków i strat, przeciął temat jednym zdaniem. I po wszystkim.
Czarzasty niby protestuje, ale z gracją cioci, która narzeka na bigos, a potem bierze dokładkę. Dziemianowicz-Bąk, jedyna postać z realną intencją naprawczą, została zatopiona w szumie komunikatów, korekt i spinów. Lewica znowu chce dobrze, ale wychodzi im jak zawsze – czyli z sondażem na granicy progu i miną moralnego zwycięzcy.
TUSK vs. NAWROCKI – ZAMROŻONA KOOPERACJA, ROZGRZANY KONFLIKT
Spotkanie Tusk – Nawrocki zapowiadane jest jako szczyt, ale w rzeczywistości to będzie zderzenie dwóch światów. Premier z doświadczeniem, lider większości parlamentarnej i polityk, który od dekad gra w szachy z Europą, siada do stołu z prezydentem z nadania, który wciąż uczy się różnicy między ustawą a wystąpieniem.
Czy się dogadają? Wątpliwe. Tusk mówi językiem faktów, Nawrocki – językiem rekonstrukcji. To jak próbować ustalić politykę zagraniczną z postacią z „Wiedźmina”.
POSTSCRIPTUM, CZYLI ZAPACH KADZIDŁA I DYRDYMAŁY Z PAŁACU
Polska czeka. Na technicznego premiera. Na kolejny sondaż. Na kolejną kompromitację Konfederacji, która raz mówi o złocie, raz o Hitlerze, a raz po prostu o sobie. A Karol Nawrocki? On trwa. Pozdrawia z orszaku, w którym zamiast mirry niesie oświadczenia prasowe, zamiast kadzidła – komunikaty dla mediów. Króla nie widać. Ale czuć – i to mocno. Pachnie jak mieszanka patriotycznej świecy zapachowej i pomady do włosów z epoki Gierka.
Ale spokojnie. Może za rok z Orszakiem przejdzie hologram Lecha Kaczyńskiego. Będzie bardziej autentyczny niż obecna prezydentura.

Dodaj komentarz