



Niedzielny wieczór. Człowiek chce herbaty, świętego spokoju i choćby odrobiny złudzeń, że świat nie oszalał. Świat wchodzi jednak bez pukania, siada na kanapie i zaczyna krzyczeć wielkimi literami. I nie płaci za czynsz.
Donald Trump ogłasza, że jedzie negocjować z Iranem. A jeśli Iran nie będzie grzeczny, to rozwali mu elektrownie, mosty i co się jeszcze nawinie – dla równowagi psychicznej.
To nie jest dyplomacja. To jest hydraulik z młotkiem, który mówi: „albo podpiszemy umowę, albo zobaczy pan, jak wygląda powódź tysiąclecia”. A potem wystawia fakturę.
CIEŚNINA ORMUZ: ŚWIATOWE GARDŁO I GLOBALNY ZACISK
Cieśnina Ormuz – 20 proc. światowej ropy. Tętnica gospodarki. Jedno miejsce, gdzie planeta oddycha. I właśnie tam ktoś przyłożył pięść do tchawicy.
Ameryka mówi: Iran naruszył rozejm. Iran mówi: Ameryka blokuje porty. Statki dostają „nieznane pociski”, czyli takie, które nie mają podpisu, ale mają temperament. Ceny ropy rosną, napięcie rośnie, a zdrowy rozsądek – jak zwykle – pierwszy wysiadł i poszedł szukać innej planety. Trump twierdzi, że Iran zamyka cieśninę. Iran twierdzi, że to Ameryka ją zamknęła. Obaj mówią, że to ten drugi kradnie tlen. A świat stoi jak klient w kolejce i pyta: „to kto tu właściwie sprzedaje, a kto kradnie?”. Nikt nie odpowiada, bo wszyscy zajęci są winą.
NEGOCJACJE, KTÓRYCH NIE MA
Trump mówi: rozmowy w poniedziałek. Media: we wtorek. Iran: nie przyjedziemy. Czyli trzy wersje rzeczywistości, żadna prawdziwa. Powód? Żądania z kosmosu, stanowiska z gumy i blokada morska, która znika, gdy trzeba ją pokazać. Czyli klasyczna relacja: jeden mówi „dogadajmy się”, drugi odpowiada „najpierw zdejmij rękę z mojego gardła, geniuszu”. I obaj uważają się za racjonalnych.
A delegacja? J.D. Vance miał lecieć. Potem nie lecieć. Potem znowu lecieć. Ostatecznie nie wiadomo, czy poleci, czy już wrócił i napisał książkę o podróży. Oficjalne wyjaśnienie: „sytuacja się zmieniła”. To zdanie powinno być w godle państwowym. Orzeł, tarcza i napis: „sytuacja się zmieniła”. Reszta może być domyślna.
TRUMPIZM: RELIGIA, KTÓRA ZACZĘŁA ŚMIERDZIEĆ SPALONĄ AMBICJĄ
Jeszcze chwilę temu Donald Trump był dla europejskiej prawicy objawieniem. Jarosław Kaczyński patrzył na niego jak na starszego kolegę z boiska, który umie faulować tak, że sędzia bije brawo. Mariusz Błaszczak opowiadał o ratowaniu cywilizacji, Dominik Tarczyński klaskał jak na festynie, a reszta udawała, że rozumie, co się dzieje.
Dziś ten sam Trump: – rzuca groźbami jak pijany wujek na weselu, – obraża papieża, bo może, – wrzuca swoje podobizny jako mesjasza, – i zmienia zdanie szybciej niż Morawiecki linię obrony w wywiadzie.
To nie jest przywództwo. To jest reality show prowadzone przez człowieka, który pomylił państwo z własnym profilem w mediach społecznościowych.
I nagle bycie trumpistą wygląda jak przyznanie się do udziału w czymś, co zaczęło się jako ideologia, a skończyło jako zbiorowa kompromitacja. Publiczna. Z powtórkami.
POLSKA: PROWINCJONALNY KULT I NAGŁE PRZEBUDZENIE
W Polsce ten kult był szczególnie żenujący. Karol Nawrocki ustawiał się do zdjęć, politycy PiS opowiadali o geniuszu, a całe środowisko robiło z Trumpa polityczny import premium – mimo że to był produkt z wyprzedaży.
Dziś ci sami ludzie udają, że znają go tylko z widzenia. Jakby ktoś zapytał o kompromitujące zdjęcie z imprezy.
Problem w tym, że zdjęcia są. I internet pamięta. A wyborcy też nie są aż tak głupi, jak się im wydaje w Nowogrodzkiej.
Trump przestał być atutem. Stał się obciążeniem. I to takim, którego nie da się zrzucić, bo samemu się go na plecy wciągnęło. To jest kamień u szyi. A PiS nadal udaje, że to ozdoba.
PiS: WOJNA DOMOWA, CZYLI KACZYŃSKI ROBI PORZĄDKI, A MORAWIECKI UDAJE, ŻE TO REMONT
Jarosław Kaczyński wreszcie przestał udawać, że kontroluje sytuację. Teraz już tylko kontroluje chaos. To subtelna różnica – jak między pilotem a pasażerem, który trzyma się fotela i krzyczy, że wszystko idzie zgodnie z planem.
Patryk Jaki i Tobiasz Bocheński dostali zielone światło i ruszyli do ataku jak ochotnicy na promocję w dyskoncie. Głośno, agresywnie i bez refleksji. Lista nazwisk, screeny, wpisy – wszystko na poziomie kłótni w komentarzach, tylko że z pensji podatnika.
To nie jest żadna spontaniczna sprzeczka. To jest ustawka. Kaczyński uznał, że Morawiecki za bardzo urósł i trzeba go przyciąć. Problem w tym, że sekator tępy, a drzewo już zdążyło zapuścić korzenie.
Mateusz Morawiecki gra swoją rolę jak bankier, który nagle odkrył, że jest rewolucjonistą. Buduje stowarzyszenie, zbiera ludzi, mówi o przyszłości – i jednocześnie udaje, że nadal jest lojalny wobec prezesa, który właśnie kopie pod nim dół.
To nie jest polityka. To jest tragikomedia o dwóch panach, którzy się nie znoszą, ale nie mają odwagi się rozstać.
Kaczyński nie może go wyrzucić, bo pokaże słabość. Morawiecki nie może odejść, bo pokaże, że nic nie znaczy. Więc siedzą razem i udają, że to ma sens. A reszta partii patrzy i liczy miejsca na listach. Bo w tej historii nie chodzi o ideologię, tylko o to, kto będzie miał numer jeden, a kto zostanie z numerem „dziękujemy za współpracę”.
I tak wygląda największa partia opozycyjna w kraju: jak firma, w której zarząd kłóci się na open space, a pracownicy czekają, kto pierwszy poleci. I wiedzą, że polecą wszyscy.
EUROPA: SPÓŹNIONE OTRZEŹWIENIE I POPULIŚCI NA DIECIE CUD
Meloni kręci nosem. AfD dostaje po wyborczym łbie. Orbán przegrał tak, że aż słychać było trzask pękającej legendy – został z mitu tylko brzuch i wspomnienia. Bez zębów, jak to się teraz elegancko mówi.
Bo oto pojawia się nowy bohater – Rumen Radew, „Orbán bez zębów”. Czyli wersja light populizmu: mniej gryzienia, więcej mlaskania. Program ten sam, tylko bez kłów. Dla wrażliwszych.
Na Węgrzech z kolei Péter Magyar – wielka nadzieja i jeszcze większa niewiadoma. Człowiek, który jedną ręką obiecuje zmiany, a drugą już hamuje Ukrainę i rozgląda się za kompromisem z rzeczywistością. Czyli klasyk: rewolucja, ale w kapciach.
MAGA przestaje być modą, a zaczyna być obciążeniem. Nawet własne środowisko zaczyna mieć dość – skoro Candace Owens mówi Trumpowi, żeby „odstawić dziadka do domu”, to znaczy, że nawet w rodzinie zaczęli zamykać drzwi na klucz.
Jeszcze niedawno wszyscy chcieli być jak Trump. Dziś każdy chce być od niego dalej niż rachunek za jego decyzje.
To trochę jak z dietą cud – najpierw zachwyt, potem wstyd i szybkie usuwanie zdjęć. Efekt? Jojo i polityczna otyłość.
BUŁGARIA: DEMOKRACJA W TRYBIE CIĄGŁEGO RESETU
Bułgaria robi ósme wybory w pięć lat. Ósme. To już nie demokracja. To konkurs na cierpliwość obywatela.
Wygrywa były prezydent, który obiecuje walkę z korupcją, nowoczesność i rozsądek. Czyli trzy rzeczy, które w polityce zwykle się wykluczają.
Jednocześnie chce „praktycznych relacji z Rosją”. Co w tłumaczeniu na język polityczny oznacza: chcemy być w Europie, ale drzwi zostawimy uchylone, bo może ktoś zapuka z gazem.
To nie jest program. To jest próba siedzenia na dwóch krzesłach z jednoczesnym narzekaniem, że boli kręgosłup.
ŚWIAT W TRYBIE ROZPADAJĄCEJ SIĘ IMPROWIZACJI
Podsumujmy ten cyrk bez namiotu:
Trump grozi i negocjuje jednocześnie. Iran odmawia i odpowiada. Europa udaje, że ma dystans. Polska udaje, że ma strategię. PiS udaje jedność. Populiści udają, że jeszcze gryzą.
A cieśnina Ormuz stoi jak korek w gardle świata i przypomina, że wszystko jest połączone – głupota też, i to lepiej niż infrastruktura. Optymiści mówią: populistyczna międzynarodówka słabnie.
Możliwe. Ale to trochę tak, jakby powiedzieć, że pożar się uspokoił, bo już płonie tylko połowa domu.
I tylko jedno się nie zmienia. Wszyscy mówią, że mają plan. A plan – jak wiadomo – jest najważniejszy. Zwłaszcza kiedy wygląda jak żart, który przestał być śmieszny i zaczął kosztować.
A rachunek, jak zwykle, przyjdzie do widza. Bo aktorzy już dawno wyszli tylnym wyjściem.

Dodaj komentarz