
Karol Nawrocki znów wyszedł na scenę, tym razem w roli konferansjera narodowej farsy. Z powagą godną teleturnieju „Koło Fortuny” oznajmił: „Podpisałem pięć ustaw, zawetowałem trzy”. Brzmiało to jak fragment dziennika gimnazjalisty: „Zjadłem kanapkę, wyrzuciłem papierek”. Różnica taka, że gimnazjalista nie udaje zbawcy narodu w trzeciej osobie.
Oto więc prezydent z łaski Kaczyńskiego i wiana Konfederacji, który w jednym zdaniu próbuje być mężem stanu, notariuszem ustaw i moralnym kaznodzieją. Podpisał likwidację „godzin czarnkowych” – dobrze, że ktoś w końcu pogrzebał ten absurdalny pomnik nieudolności, choć Nawrocki mówił to tonem, jakby własnoręcznie wynalazł elektryczność. Potem jeszcze podpisał ustawę o psychologach w szkołach – brawo, wreszcie dzieci dostaną pomoc, by jakoś przeżyć epokę, w której prezydentem jest… Karol Nawrocki.
A potem przyszło wielkie „nie”. Weto dla obniżenia kar za przestępstwa skarbowe – tu można przyklasnąć, choć Nawrocki mówił o tym jak Mojżesz zstępujący z góry, tylko że z laptopem zamiast tablic. Weto dla ustawy o pomocy Ukraińcom – i tu zaczyna się prawdziwy kabaret. Prezydent, który jeszcze wczoraj udawał obrońcę wolności i solidarności, dziś powtarza jak mantrę: „po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy”. Czyli klasyka: naród wybrany to tylko ten, który bije mu brawo.
Najlepsze jednak przyszło potem. Nawrocki zapowiedział własny projekt, gdzie znajdzie się wydłużenie procedury obywatelstwa do 10 lat i obowiązkowe hasło „stop banderyzmowi”. Tak, dobrze czytacie – prezydent III RP wplata slogany rodem z transparentu na stadionie w ustawę państwową. To tak, jakby w kodeksie drogowym zapisać obowiązkowe „Polska mistrzem Polski”.
A kiedy wszyscy już byli skołowani tym festiwalem kabotyństwa, na scenę wkroczył tłumacz prezydencki – Zbigniew Bogucki – i z powagą tłumaczył „z Nawrockiego na polski”. Czyli mówił to samo, tylko bardziej chaotycznie. Trudno o lepszy dowód, że Pałac Prezydencki zamienił się w kabaret, gdzie nawet sufler gubi kartki.
Tymczasem Donald Tusk, gdzieś w tle, tylko się uśmiecha. Bo wie, że im bardziej Nawrocki „działa dla dobra”, tym szybciej sam się pogrąża. I że żaden uśmiech nie jest dziś bardziej wymowny niż ten, którym premier kwituje tę całą farsę.
Podsumowując: Nawrocki ogłosił się strażnikiem moralności, nauczycielem rządu i sędzią sprawiedliwości. A w praktyce wyszedł, powiedział swoje i wyszedł. Tak jak klaun, który po żonglerce gumowymi kulkami czeka na brawa. Problem w tym, że publiczność już dawno wyszła do bufetu.

Dodaj komentarz