NAWROCKI? PRZYJMUJE TYLKO WARSZAWIE

Warszawa

Z cyklu: „dyplomacja po polsku, czyli jak nie mieć przyjaciół i czuć się z tym świetnie”.

W poniedziałkowy poranek, kiedy normalni ludzie pytają siebie, czy mogą wrócić do łóżka, Marcin Przydacz, szef Biura Polityki Międzynarodowej u prezydenta RP, wpadł do TVN24 i z uśmiechem oświadczył, że jeśli prezydent Zełenski chce się zobaczyć z Karolem Nawrockim, to niech sobie wsiądzie w pociąg i przyjedzie do Warszawy. Bo czemu nie? Kawa dobra, metro działa, a pączki przy Krakowskim Przedmieściu nadal przyzwoite.

Niektórzy myślą, że dyplomacja polega na dialogu, symbolice, gestach. My – że na fochach, warunkach i czekaniu, aż świat do nas przyjedzie, najlepiej z prezentami i schabowym. A jeśli nie przyjedzie? Trudno. I tak nie zasłużył.

CZY KTOŚ TU W OGÓLE CZYTA PROTOKOŁY?

Przypomnijmy: Ukraina, kraj w stanie wojny, wysyła sygnały, że chciałaby oficjalnego spotkania z nowym polskim prezydentem. Karol Nawrocki, dumny jak bigos na Wigilię, nigdzie się nie rusza. Dzwonić – proszę bardzo. Ale jechać do Kijowa? Co on, konduktor?

Marcin Przydacz tłumaczy: „W dyplomacji nie ma takiej zasady, że to młodszy stażem musi jechać do starszego”. Czyli jak Zełenski chce czegoś od Nawrockiego, to niech przyjeżdża. On czeka. Jak sołtys na dożynki. I dalej: „Prezydent oczekuje konkretów”. Czyli: zanim podamy rękę, prosimy przesłać projekt uchwały. Historia, gospodarka, coś tam, coś tam. Wizyta ma być finałem procesu, a nie jego początkiem. A najlepiej – niech w ogóle będzie zdalna.

PAŃSTWO Z TEKTURY, DYPLOMACJA ZE STYROPIANU

Na scenę wchodzi wielkopolski komentator z Bielejewa: „Czy ktoś tam w tej Warszawie w ogóle wie, jak się witają ludzie na wojnie? Bo u nas, jak strażak z sąsiedniej wsi wpadnie na zebranie, to mu się chociaż łapę poda i kielicha naleje, zanim się zacznie gadać, kto komu podtopił kartoflisko!”. I trudno się z tym nie zgodzić.

Dziś Polska zdaje się traktować relacje międzynarodowe jak spotkania rodzinne po pogrzebie – z napięciem, bez serdeczności i z listą pretensji w kieszeni. A przecież to Ukraina jest teraz sąsiadem, który ma dom w ogniu, a my stoimy z rękami w kieszeniach i mówimy: „No dobra, ale najpierw przeproś za ciotkę z Wołynia”.

KACZYŃSKI, FRANCUZI I NIEMCY – TRIO Z RATUSZOWEJ

Tymczasem Jarosław Kaczyński, który rozumie dyplomację tak, jak kot rozumie GPS, ogłasza, że Niemcy i Francja chcą nam zabrać państwo. To nie jest już polityka – to audiobook z lat 50., czytany przez osobę po wstrząsie paranoidalnym. Prezes w swoim wystąpieniu w Katowicach przedstawił plan obrony Polski przed cywilizacją zachodnią. Autostrady zlikwidować. AI opodatkować. Europejczyków – najlepiej przegnać z plaż w Łebie.

Czy to przypadek, że kiedy Tusk mówi o cyfryzacji i AI, Kaczyński mówi o podatku na AI? Nie. To nie przypadek. To klasyczny objaw politycznego lęku przed tym, co nowoczesne. Przypomina to sytuację, gdy senior rodu widzi iPada i mówi: „Też miałem taki, tylko na węgiel i trzeba było ostrzyć rysik.”

DYPLOMATYCZNE NIEDOSZŁOŚCI

Od sierpnia Zełenski i Nawrocki nie spotkali się ani razu. A kiedy ukraińskie media pytają: dlaczego?, polska odpowiedź brzmi: „Niech przyjedzie”. Jakby chodziło o spotkanie sąsiadów na działce, a nie liderów dwóch krajów w kryzysie geopolitycznym.

Przydacz mówi: „To nie ten moment”. A jaki to jest moment? Gdy Rosja bombarduje Odessę, a Niemcy i USA ustalają, co będą wysyłać Kijowowi w przyszłym miesiącu? Chyba że my mamy inną koncepcję: Polska jako neutralny bufor, ale tylko w godzinach urzędowania i z zamkniętą kasą.

AGENTURA I STRACH

W międzyczasie służby zatrzymały Ukraińców podejrzanych o szpiegostwo. Zgoda – takie rzeczy się zdarzają. Ale kontekst i styl ich ogłoszenia przypomina raczej festyn informacyjny. „Uwaga, obcy agenci!” – krzyczy rząd. I nagle każdy sąsiad z akcentem staje się podejrzany. Zamiast zaufania i współpracy, mamy defiladę nieufności i komunikat: „Uważaj, bo każdy może być z KGB”.

JAK TO WIDZI BIELEJEWO

W sobotę w Bielejewie odbyło się zebranie w stodole. Temat: Zełenski, Nawrocki i cała reszta tego zamieszania. Stół z desek, na nim śledzik, ogórek, cztery rodzaje alkoholu i pies śpiący pod ławą. Dyskusja była żywa. Stachu powiedział, że Nawrocki nie jedzie do Kijowa, bo mu się pewnie mapa z PRL-u zawieruszyła i teraz nie wie, gdzie ta Ukraina leży. Jadzia dorzuciła, że Zełenski to facet z jajami, a nie jak niektórzy – co to się boją wychylić nosa dalej niż na Krakowskie Przedmieście.

Władek, filozof miejscowy, podsumował: „Jakby się wojna rozlała na zachód, to pierwsi będą dzwonić po NATO, a teraz robią fochy, jakby Ukraina to była wiejska potańcówka. A przecież to nasi – nie z urodzenia, ale z sytuacji.”

I to właśnie różni wieś Bielejewo od pałaców w Warszawie: tam rozumieją, że jak sąsiad w potrzebie, to nie pyta się, czy ma zaproszenie. Tylko idzie się z bochenkiem chleba i flaszką, a nie z tekstem: „To nie ten moment.”

PODSUMOWANIE: KOMU TU JESZCZE ZALEŻY?

Zamiast pytać, kto do kogo pojedzie – może lepiej zapytać: komu jeszcze zależy na tym, by Polska była poważnym graczem? Bo jeśli naszym wkładem w politykę wschodnią ma być „niech przyjedzie”, to możemy równie dobrze zwinąć ambasadę i postawić w jej miejscu kiosk z tanim alkoholem i ulotkami „Jak nie zginąć w Rosji”.

I może Zełenski rzeczywiście powinien przyjechać. Ale nie po to, żeby zobaczyć się z Nawrockim. Tylko żeby sprawdzić, czy jeszcze mamy tu jakieś państwo.

Do zobaczenia za tydzień. Chyba, że w tym czasie Bąkiewicz ogłosi, że Berlin leży na Ukrainie. Wtedy wrócę z felietonem wcześniej.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights