
Wysłano Karola do Ameryki jak list bez znaczka – z nadzieją, że może jednak dotrze. A jak nie dotrze, to przynajmniej będzie anegdota do opowiedzenia na dożynkach. Ale dotarł. Z kamerą, z powagą, z garniturem wyprasowanym jak narodowa godność po ośmiu latach rządów PiS-u. Siedział. Grzecznie. I czekał, aż pan z Ameryki go poklepie – najpierw po ramieniu, potem po kolanie, a na końcu po godności.
Tak, to był moment kulminacyjny. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, Karol „Przywiozłem Czapkę” Nawrocki, odbył podróż dyplomatyczną, z której najważniejszym osiągnięciem był czerwony daszek z haftem MAGA i siatka na zakupy. Bo jakże inaczej nazwać sytuację, gdy Trump – będący wcieleniem amerykańskiej wersji bazaru w Radomiu – obdarowuje polskiego gościa gadżetem, który byłby obciachem nawet w Alabamie?
I nie, nie było tłumów witających Nawrockiego. Nie było wiwatów, nie było transmisji CNN przerywającej regularny program, żeby ogłosić: „Ladies and gentlemen, the Polish president is here with a bag.” Zamiast tego Nawrocki wystąpił w roli szlachetnego mebla – dobrze wyglądającego, statycznego, nieprzeszkadzającego w rozmowach o Chinach, Epsteinie i tym, jak Trump zamierza zmienić Pentagon w Ministerstwo Wojny, bo „brzmi mocniej”. Szkoda, że nikt nie zasugerował zmiany nazwy Polski na „Ziemia Zdeformowanej Powagi”. Pasowałoby jak ulał.
Ktoś powie: przecież spotkał się z prezydentem USA! Tak, a papuga z cyrku spotyka się z treserem. I co z tego? Biały Dom nie zatrząsł się od wielkości tej wizyty. Kamera Associated Press, w złośliwym akcie montażowej zemsty, po prostu Nawrockiego wycięła z kadru. W geście miłosierdzia, można by rzec.
A jego świta? Ten orszak krzywego zachwytu, ta procesja fanów ciepłych słów Trumpa, wyglądająca jak objazdowe przedstawienie „Słuchajcie co mówi wielki wujek z Florydy!”? No cóż. Ich podniecenie było równie groteskowe, jak żart z pogrzebu. Przy każdej okazji podkreślali „sukces”. Jaki sukces? Że Trump powiedział „Polska” bez pomylenia jej z Holandią? Że dał czapkę? A może to, że nie kazał Nawrockiemu usiąść na podłodze?
Tymczasem prawdziwe rozmowy – te o bezpieczeństwie, NATO, wojnie w Ukrainie – toczyli Tusk i Sikorski. Ale ich nie zaproszono. Nie, bo przecież jakże to wyglądałoby: rząd i prezydent razem? Toż to byłby zamach na tradycję polskiego rozkładu jazdy, w którym każdy jedzie w inną stronę, ale wszyscy krzyczą, że do przodu.
To nie była dyplomacja. To była maskarada. Prowincjonalna wyprawa po błogosławieństwo, zakończona zakupem tandetnych pamiątek. „Pozdrów papieża” – powiedział Trump do Nawrockiego. A ten się uśmiechnął. I zapisał. Obok notatki: „kupić baterie do mikrofonu, sprawdzić czy czapka nie farbuje”.
W czasach, gdy geopolityka przypomina grę w szachy na planszy z ruchomym piaskiem, Polska wysłała do Waszyngtonu figurę, której zadaniem było… nie spaść z kanapy. I Nawrocki to zadanie wykonał. Siedział. Nie przeszkadzał. Dostał czapkę. I wrócił.
I choć jego otoczenie ogłaszało sukces niczym aptekarka ogłaszająca promocję na witaminę D, to jednak wszystko to było dojmująco smutne. Smutne, bo zrobiono z państwowej wizyty serial pt. „Karol i Donald: Przyjaciele od pierwszego poklepania”.
Zresztą… czy można gorzej przysłużyć się własnemu krajowi? Oczywiście. Można jeszcze raz pojechać do Trumpa. Tym razem po t-shirt.

Dodaj komentarz