
Kiedy Andrzej Domański próbuje łatać budżet, Karol Nawrocki z rozbrajającą pewnością siebie ogłasza, że żadnych podatków nie podniesie. Bo po co? Wystarczy przecież, że Polacy będą mieli tanią wódkę i drogi prąd. Zasada prosta jak cep – obywatel niech się upije, to nie zauważy, że świeczkę trzeba zapalić, bo światło w domu zgasło.
Kim jest ten nasz nowy prezydent, który z taką gracją macha wetem, jakby rozdawał autografy pod stadionem? Karol Nawrocki – bokser intelektualny z rekordem 0:100 w starciach z logiką. Były kibol z trybun, który zamiast gwizdać na sędziów, dziś gwiżdże na Konstytucję. Sutener polityczny, wpychający Polskę w objęcia tandetnych populistów, kanalia z namaszczenia Kaczyńskiego i chłopiec do podawania ręczników Mentzenowi.
Człowiek, którego największym sukcesem było przekonanie samego siebie, że nadaje się na urząd prezydenta. Tuman w białym kołnierzyku, co to książkę otworzy tylko wtedy, gdy na okładce jest napisane „program lojalnościowy”. Manipulator, który umie jedynie kłamać wprost do kamery, tak jak inni oddychają.
Nawrocki kontra Domański – to trochę jak zestawić ochroniarza z klubu nocnego z chirurgiem na sali operacyjnej. Jeden wie, jak przestawić komuś nos, drugi – jak go naprawić. Niestety, my – pacjenci – trafiliśmy w ręce tego pierwszego.
I teraz prezydent – błazen w garniturze – stawia „twardą linię”: żadnych podwyżek podatków, żadnej akcyzy, żadnej opłaty cukrowej. Bo przecież wolność obywatelska to prawo do trzech butelek wódki zamiast dwóch. To program wyborczy w skrócie: „Wódka tańsza, kraj w ruinie”.
Kiedy Domański szuka miliardów, Nawrocki liczy procenty – ale tylko te na etykietach butelek. Kiedy rząd myśli, jak sfinansować ochronę zdrowia, prezydent zastanawia się, czy Coca-Cola się nie obrazi. Państwo polskie w jego wydaniu to mecz Lechii z Arką – dużo krzyku, zero sensu i obowiązkowa bijatyka po ostatnim gwizdku.
Ale to nie koniec kabaretu. Nawrocki wpadł na pomysł, by zrównać ukraińską symbolikę narodową z nazistowską. To już nawet nie jest głupota – to polityczna nekrofilia, w której próbuje się kopać historię, by wydobyć z niej resztki propagandowej padliny. Efekt? Burza w Kijowie, konsternacja w Brukseli i euforia w Moskwie. „Komsomolskaja Prawda” rozpływa się w zachwycie: oto polski prezydent, który mówi ich językiem. Dla Kremla to jak darmowy prezent gwiazdkowy – nie muszą nawet pisać nowych skryptów propagandowych, wystarczy cytować naszego własnego lokatora Pałacu Prezydenckiego.
I tu tkwi cała tragedia. Człowiek, który ma stać na straży polskiej racji stanu, staje się maskotką w rękach Putina. Zamiast bronić Ukrainy jako tarczy bezpieczeństwa Polski, woli powtarzać hasła, które w Moskwie brzmią jak muzyka cerkiewnych chórów. Głupiec? Mało powiedziane. To tuman strategiczny, który sam ustawia Polskę w roli pożytecznego idioty Kremla.
A co z Radą Bezpieczeństwa Narodowego? Nawrocki planuje ją zwołać – i to nie po to, by rozmawiać o wojnie, NATO czy zagrożeniach ze wschodu. Nie, w jego agendzie priorytetem jest… budżet i rolnictwo. To trochę tak, jakby w obliczu nadciągającego huraganu zebrać rodzinę i debatować, czy lepiej malować kuchnię na zielono, czy na beżowo. RBN w wydaniu Nawrockiego to nie forum dla strategów, ale wiejska świetlica z pogadanką o nawozach i Centralnym Porcie Widmo. Putin może więc spokojnie dolać sobie herbaty – wie, że Warszawa go nie zaskoczy.
I tak oto mamy głowę państwa, która myśli, że „strategia bezpieczeństwa” to liberum veto, a dyplomacja zagraniczna to selfie z Trumpem. Kanalia, błazen, figurant i szkodnik w jednym. Zamiast orła w herbie – piłka meczowa, zamiast dewizy „Bóg, Honor, Ojczyzna” – „Tania wódka, drogi prąd, zero podatków i cytaty w rosyjskiej prasie”.
Krótko mówiąc – Polsko, mamy problem. Bo oto zasiadł w Pałacu ktoś, kto z trudem ogarnia różnicę między budżetem państwa a cennikiem w monopolowym, a swoje największe polityczne sukcesy odnosi w rubrykach propagandy Moskwy.

Dodaj komentarz