


Kiedy Iga Świątek odpada z Australian Open, Polska wstrzymuje oddech. Bo przecież miała być złota, miała być wielka, miała być niepokonana. Tymczasem Rybakina wzięła ją na chłodno, jak rachunek w Kazachstanie — konkretnie, bez litości i bez napiwku. Iga walczyła, ale grała tak, jakby co chwilę sprawdzała telefon, czy na pewno zgasła żelazko. W końcówkach setów nie ma miejsca na zawahania. A u niej te zawahania przychodziły z gracją PKS-u w styczniu.
Eksperci nie zostawili na niej suchej nitki, bo przecież Polska lubi albo ubóstwiać, albo grzebać żywcem. Złoty pomnik albo stos. Nic pośrodku. A Iga, niestety, przegrała też z własnym boksem — ten trenerski, nie tenisowy. Gdy trener Fissette mówił „masz czas”, ona biegła, jakby w drzwiach czekał komornik.
Ale nie tylko sport dziś żyje.
Na froncie Ukraina testuje drony naziemne, które przypominają skrzyżowanie jeża z bojowym wózkiem dla dzieci. Rosjanie są zaskoczeni, bo nikt nie spodziewa się, że zabawki zdalnie sterowane mogą roznieść skład amunicji. A może powinni.
Przy okazji Rosjanie robią to, co potrafią najlepiej — kradną technologię i kłamią, że to ich. Starlinki od Muska, używane przez Ukraińców, nagle pojawiają się w rękach Putina. Elon odpowiada Sikorskiemu: „śliniący się imbecyl”. Klasa. Na poziomie komentarzy pod filmikiem z kotem na TikToku. Do akcji wkracza człowiek Putina i już mamy festiwal godny rosyjskiego kabaretu, tylko że ofiarą jest Ukraina.
A Sikorski? Jak zwykle trafia celnie i boleśnie. I niech tak trzyma.
Tymczasem w Polsce — a jakże — dzieje się. Dzieje się, choć nic się nie posuwa do przodu. Karol Nawrocki, prezydent z ambicją cesarza, zaprasza wszystkich do Pałacu. Po co? Nie wiadomo. Może herbatka, może pokaz slajdów z IPN-u. KO i Lewica nie przyszły, bo — jak słusznie mówi Barbara Nowacka — nie po to mamy konstytucję, żeby ją obchodzić uśmiechami i selfie z prezydentem. PSL? Oczywiście poszli. Przecież jak się ich zaprosi na pogrzeb demokracji, to przyjdą z wieńcem.
Prezydent zgrywa męża opatrznościowego, ale bardziej przypomina wodzireja, któremu nikt nie powiedział, że wesele się skończyło. Szefernaker z kancelarii prezydenta oskarża opozycję o brak chęci do dialogu. A może po prostu nie chce się już nikomu tańczyć w takt marsza żałobnego dla zdrowego rozsądku?
A skoro już o weselach z trupami — oto Kaczyński, który jeździ po kraju jak stary objazdowy kaznodzieja i szuka premiera. I nagle — miłość! Tobiasz Bocheński! „Nowy synek” – tak mówią w partii. Prezes się zakochał. A jak się zakochuje, to źle to się kończy. Dla partii, dla Polski, dla zakochanego.
I teraz wisienka na torcie polityki zagranicznej: Ukraina blokuje eksport złomu. Polska branża hutnicza zaczyna się dusić, bo to nie byle jakie odpady, tylko kluczowy surowiec. Rząd apeluje do Brukseli, Bruksela jak zwykle „analizuje”, a polskie huty modlą się, żeby ktoś w Kijowie poszedł po rozum do głowy. Bo to nie zboże. To stal. To podstawa przemysłu. To miejsca pracy.
I tak się kończy miłość bez warunków. Braterstwo braterstwem, ale kiedy rachunek przychodzi, każdy szuka winnego. Ukraina ma swoje powody — wojna, przemysł, bezpieczeństwo. Ale Polska też ma prawo się zdenerwować. Bo lojalność to nie jest tylko zdjęcie z flagą.
W tle – rocznica katastrofy hali w Katowicach. Dwadzieścia lat temu dach runął jak dziś rozsądek niektórych polityków. 65 ofiar. Największa katastrofa budowlana w historii kraju. I dalej — państwo z kartonu, kontrola na niby, procedury z makulatury. Pamięć ofiar to też pamięć o tym, jak łatwo przegapić moment, kiedy wszystko zaczyna się sypać.
Na Malcie nadal szukają porwanej przez fale 13-letniej Polki. W tle dramatyczne sceny, różowa kurtka, nadzieja ściera się z rozpaczą. I niech ktoś powie, że świat nie bywa bezlitosny.
A w Polsce? Emeryci dostaną nowe legitymacje, bo stare są zbyt łatwe do podrobienia. Brawo. Naprawiamy świat od czcionki i plastiku. A ratownik z Zachodniopomorskiego idzie 11 kilometrów pieszo do duszącego się dziecka, bo system nie dojechał. Kraj absurdów.
Tymczasem Marcin zbiera puszki, bo Lidl dobrze płaci. Dziewięć złotych i sześćdziesiąt groszy. Czyli mniej więcej tyle, ile trzeba, żeby dziś poczuć się człowiekiem w państwie pełnym odpadów – także politycznych.
I to jest, drodzy państwo, środa. Świat się kręci, złom drożeje, prezydent gra w dyplomację jak w bierki, a Kaczyński szuka miłości. Oby tylko nie wyszło, że znów ożeni się z narodem, który wcale nie ma ochoty być panną młodą.
Do jutra. Chyba że znowu coś się zawali.

Dodaj komentarz