




Piszę ten felieton gdzieś nad Atlantykiem, w przestrzeni zawieszonej między Europą a Ameryką. Lecę po oddech, ale w głowie wciąż dudni polski zgiełk – jak walizka przeładowana sprawami, których nikt nie chciał odprawić.
Silniki mruczą jednostajnie, kabina drży lekko, a ja mam wrażenie, że geopolityka też tak działa: nieustannie wibruje, nawet gdy pozornie jest spokojnie.
TORONTO – ZIMA W WERSJI PÓŁNOCNO-ATLANTYCKIEJ
W Toronto jest kilka stopni na plusie. Zima nie ma tu dramatycznego rozmachu znanego z polskiego stycznia i lutego; zamiast trzaskającego mrozu jest wilgoć, deszcz i mgła, która przysiada na wieżowcach jak ciężka myśl. Śnieg jeszcze zalega w bocznych ulicach, ale główne arterie już oddychają.
Miasto wygląda na zmęczone, lecz zorganizowane. Po ostatnich śnieżycach wciąż słychać głosy o problemach z odśnieżaniem i korkach, jednak to raczej narzekanie administracyjne niż narodowy dramat. Tramwaje suną przez mokre skrzyżowania, światła odbijają się w asfalcie, a ludzie – jak zawsze – idą przed siebie.
PROTESTY W TORONTO – ZIMA, CISZA I 350 TYSIĘCY GŁOSÓW
14 lutego 2026 roku w North York, w obrębie Greater Toronto Area, odbyła się jedna z największych demonstracji w historii miasta. Według policji na ulice wyszło około 350 tysięcy osób, protestujących przeciwko brutalności irańskiego reżimu.
Tłum wypełnił szerokie arterie dzielnicy, niosąc historyczne flagi Iranu sprzed rewolucji – z symbolem Lwa i Słońca. Ten przedislamski znak stał się dziś emblematem solidarności z protestującymi w Iranie. Obok nich powiewały flagi kanadyjskie, jakby diaspora chciała podkreślić, że pamięć o ojczyźnie i lojalność wobec nowego kraju nie muszą się wykluczać.
Ludzie maszerowali w zimowych płaszczach, czapkach i rękawicach. Było chłodno, miejscami zalegał śnieg, ale nikt nie traktował pogody jako powodu do rezygnacji. Transparenty wzywały do zakończenia represji, uwolnienia więźniów politycznych, poszanowania praw kobiet. Nie było agresji ani ulicznej furii. Była stanowczość, skupienie i liczba, która robiła wrażenie.
Toronto było jednym z kluczowych punktów międzynarodowego „Global Day of Action”. Tego samego dnia demonstracje odbywały się w Monachium, Los Angeles i Londynie. Jednak to kanadyjska mobilizacja – ze względu na skalę – została uznana za jedną z największych.
Miasto pokazało, że potrafi mówić wyraźnie, nawet gdy ton jest spokojny.
A POLSKA? ATOMOWA GORĄCZKA I POLITYCZNE FAJERWERKI
W Polsce wtorek wyglądał jak pokaz sztucznych ogni odpalanych w zamkniętym garażu. W debacie publicznej królowała „opcja atomowa”. Europa coraz śmielej mówi o odstraszaniu jądrowym, Niemcy rozmawiają z Francją, Szwecja kalkuluje scenariusze, a w Warszawie temat podchwycono z entuzjazmem godnym amatorów efektów specjalnych.
Prezydent ogłasza, że „budowanie bezpieczeństwa w oparciu o potencjał jądrowy” to kierunek wart rozważenia. Brzmi to jak deklaracja z plakatu wyborczego, nie jak element realnej strategii. W ustach ludzi, którzy mają problem z opanowaniem własnej narracji, słowo „atom” wywołuje raczej dreszcz niż poczucie stabilności.
Jarosław Kaczyński wraca do swojego ulubionego repertuaru – ostrzegania przed Niemcami. Motyw ten pojawia się z taką regularnością, że można by ustawić pod niego kalendarz. Problem w tym, że coraz mniej osób traktuje te występy jak poważną analizę, a coraz więcej jak odgrzewany monodram.
PiS w sondażach traci, za to Konfederacje rosną. Mentzen liczy procenty jak księgowy marzeń o państwie minimalnym, Bosak próbuje pozować na odpowiedzialnego konserwatystę, Braun wygłasza tyrady, które brzmią jak echo z innej epoki. Każdy z nich widzi siebie w roli architekta nowego ładu, choć projekt przypomina raczej szkic wykonany na serwetce.
W tle toczy się sprawa ENA dla Ziobry, Senat debatuje o finansowaniu zbrojeń, a społeczeństwo obserwuje to wszystko z rosnącym zmęczeniem. Ciągła mobilizacja emocji staje się narodowym sportem. Problem w tym, że od nadmiaru politycznych fajerwerków trudno zobaczyć, gdzie kończy się retoryka, a zaczyna odpowiedzialność.
PACZKOWY MESJASZ – BRZOSKA WKRACZA NA SCENĘ
Wtorek w Polsce ma swoją żelazną regułę: jeśli kurz po jednej politycznej awanturze zaczyna opadać, natychmiast pojawia się ktoś z nową wizją zbawienia. Tym razem jest to Rafał Brzoska – przedsiębiorca, który najwyraźniej uznał, że skoro potrafił uporządkować logistykę przesyłek, to poradzi sobie również z państwem.
Człowiek, który uczynił z paczkomatów świecką religię efektywności, dziś coraz wyraźniej przymierza się do roli reformatora sceny politycznej. W jego narracji kraj wygląda jak system, który wymaga jedynie lepszego algorytmu. Problemy mają zostać posegregowane, procedury uproszczone, a chaos – zredukowany do błędu operacyjnego.
To klasyczna historia współczesnego mitu sukcesu: najpierw przedsiębiorca z wizją, potem medialny komentator, następnie twarz deregulacyjnych inicjatyw, a w końcu kandydat na tego, który „zachwieje duopolem”. Media pytają, czy wejdzie do polityki. On odpowiada półsłówkami. Otoczenie „sonduje”. Atmosfera gęstnieje.
Brzoska zdaje się wierzyć, że państwo można ustawić jak sortownię, a obywatela potraktować jak użytkownika sprawnego systemu. Tyle że polityka nie jest logistyką, a społeczeństwo nie mieści się w przegródkach. Rządzenie wymaga nie tylko sprawności, lecz także wyobraźni i pokory wobec złożoności.
Najbardziej uderzająca jest pewność, z jaką budowany jest wizerunek zbawcy. Jakby wystarczyło doświadczenie w biznesie, by rozwiązać problemy, które od dekad wymykają się kolejnym ekipom rządzącym. Historia polskiej polityki pokazuje jednak, że entuzjazm bywa kruchy, a zderzenie z rzeczywistością – bolesne.
Brzoska jako architekt nowego porządku? Być może. Ale Polska widziała już wielu reformatorów przekonanych, że mają w ręku instrukcję obsługi państwa. Zwykle okazywało się, że to tylko broszura marketingowa.
NAD OCEANEM
Patrzę przez iluminator na ciemną przestrzeń oceanu. Migoczą światła silników, powietrze huczy w metalowym kadłubie, a ja mam wrażenie, że im dalej od Polski, tym wyraźniej widać absurd. Z tej wysokości kraj wygląda jak scena teatralna, na której aktorzy grają dramat, lecz używają farsowych rekwizytów.
Kanada, mimo swoich sporów i napięć, daje poczucie proporcji. Toronto – mokre, szare, zimowe – pozostaje miejscem, gdzie polityka nie zamienia się codziennie w pokaz sztucznych ogni.
A Trump? Ten amerykański Napoleon z nadętym ego próbuje wciąż dyktować światu tempo. Myli dyplomację z reality show, a kaprysy z doktryną. Patrząc na jego występy, człowiek zaczyna doceniać nawet kanadyjską mżawkę.
W Warszawie atomowe wizje mieszają się z partyjną retoryką, Kaczyński snuje swoje ostrzegawcze opowieści, Konfederacje rosną na politycznej glebie, a kolejni reformatorzy ustawiają się w kolejce do historii.
Lecę do Toronto, by złapać oddech. Wiem jednak, że rzeczywistość ma długie ramię. Dopada nawet nad oceanem, nawet na wysokości przelotowej.
Normalność stała się dziś dobrem luksusowym. Rzadszym niż rozsądek i cenniejszym niż wszystkie polityczne fajerwerki razem wzięte.

Dodaj komentarz