
W niedzielę nie było ani spokojnie, ani pogodnie. Nad Strefą Gazy znów zawarczały myśliwce, w Białym Domu zawarczał telefon od Władimira Putina, a Donald Trump znów udawał szwajcarski zegarek — niby precyzyjny, ale co godzinę pokazuje inną wersję rzeczywistości.
Po rozmowie z Putinem, Trump oznajmił, że Ukraina może „coś oddać”. Bo „oni tam mają teraz dużo posiadłości”. Brzmi to, jakby mówił o kempingu, a nie o zbrodniczej inwazji, gwałtach i ruinach. Najwyraźniej według Trumpa, wojna to transakcja, w której jedna strona dostaje Donbas, druga obietnicę lunchu z Orbanem.
Spotkanie Trump–Putin ma się odbyć w Budapeszcie. Idealnie: miasto cynicznego premiera, który do pokoju podchodzi z takim samym zaangażowaniem, jak do demokracji — czyli z ostrożnością sapera i zapałem lokaja. Jeżeli to będzie rozmowa o pokoju, to z gatunku tych, które kończą się nowym rozbiorem Ukrainy i wspólnym zdjęciem z widelcem wbitym w mapę.
Do tej groteskowej gry dołącza znów Bliski Wschód. Po krótkim zawieszeniu broni, izraelska armia rozpoczęła nową serię nalotów na południową Strefę Gazy. Oficjalnie — w odpowiedzi na „rażące naruszenia” rozejmu przez Hamas. Nieoficjalnie — bo rozejmy w tym konflikcie bywają równie trwałe, co deklaracje Trumpa o pokoju. Pomoc humanitarna znów została wstrzymana, a mieszkańcy Rafah — ludzie, nie posiadłości — znów chowają się w ruinach. W tej sytuacji Trump, który jeszcze niedawno chwalił się, że „zakończył tę wojnę”, wygląda jak gość, który wziął udział w pożarze, bo chciał „trochę rozświetlić okolicę”.
Na tle światowej niepewności, Polska wygląda jak państwo średniego zaufania publicznego.
W kraju, w którym premier idzie do podcastu Wojewódzkiego, by wyjaśniać sprawy egzystencjalne, a prezydent blokuje ustawy, które nawet nie śmiały marzyć o radykalizmie, mamy atmosferę niedzielnego obiadu rodzinnego: wszyscy udają, że wszystko jest w porządku, choć ktoś właśnie rzucił tłuczkiem w rosół.
Tusk — wracający do formy, ale nadal bardziej Ironman niż Superman — podjął się trudnej misji: tłumaczyć zniechęconym wyborcom, że choć nie zrobiono wiele, to jednak „robimy, nie gadamy”. Brzmi to jak slogan ekipy remontowej z OLX, ale przynajmniej ktoś przyznał, że hałas to nie zawsze efekt burzy, czasem to po prostu wiercenie w pustce.
W dwulecie koalicji słyszymy, że wszystko idzie dobrze, tylko ludzie nie zauważyli. Może dlatego, że na hasło „zmiana” większość społeczeństwa spodziewała się ustawy o aborcji, a nie kompromisu o „statusie osoby najbliższej” podpisywanego u notariusza przy kawie bez mleka i nadziei.
Polityczne korepetycje z edukacji obywatelskiej
Minister Kotula, której nie można odmówić szczerości, przyznała: to Tusk zatrzymał ustawę o związkach partnerskich, bo Trzaskowski miał wygrać prezydenturę. Widać, że Polska wciąż myli się z PR-em. Albo inaczej: pomysł na państwo nie przebił się przez strategię na wybory.
Aborcja? Premier deklaruje, że nie lubi mówić o niej jako o prawie kobiet. I choć broni legalizacji, to brzmi raczej jak człowiek, który broni czegoś, czego nie chce dotykać. Nie wiadomo, czy to konserwatyzm z przekonania, czy pragmatyzm z sondaży. W obu wersjach efekt jest ten sam: kobiety czują się, jakby znów stały pod drzwiami sejmowej toalety, na której ktoś zawiesił tabliczkę „awaria”.
A opozycja?
PiS szykuje kongres. Brzmi poważnie, ale to będzie raczej coś między zjazdem Towarzystwa Miłośników Kombatantów a kabaretem tematycznym. Prezes znów wyciągnie tezy o rodzinie, tradycji, ojczyźnie i wrogach u bram. Na scenie pojawi się retoryka z elementami dramatyzacji, przerywana oklaskami od delegatów z Radomia. Gdyby PiS rzeczywiście chciał odświeżyć program, musiałby go najpierw wyjąć z formaliny.
Konfederacja? Nic nowego: Mentzen udaje, że wszystko pod kontrolą, Bosak udaje, że Mentzen nie istnieje, a Bąkiewicz – jak zwykle – niczego nie udaje. Prezes go hołubi, bo przecież lepiej mieć własnego radykała niż cudzy chaos.
A Lewica? Trochę się cieszy, że udało się coś wywalczyć z ustawą o osobie najbliższej. Tyle że zamiast związków partnerskich, mamy „notarialne domy otwarte”. Do przyjęcia — ale na razie bez toastów.
Polska 2050 i PSL? Jeden wraca do planktonu, drugi próbuje być cool-chłopem — jakby połączyć strój ludowy z aplikacją do zarządzania gospodarstwem. Kosiniak-Kamysz jest dziś jak średniowieczny alchemik: próbuje z mieszaniny wartości rodzinnych i umiarkowanego liberalizmu wyprodukować eliksir poparcia. Na razie wybuchło mu tylko w próbówce.
Zresztą samo PSL — choć dziś współodpowiedzialne za rząd — przyjmuje wobec rządowych inicjatyw pozę sojusznika, który niby pomaga, ale zawsze ma coś ważniejszego do zrobienia na wsi. I gdyby w ostatnim tygodniu ktoś chciał poszukać, co robią ludowcy, to łatwiej było znaleźć ich w prognozie pogody niż w Sejmie.
Z kolei Nowoczesna i Inicjatywa Polska mają zniknąć formalnie jako byty polityczne, wchodząc w struktury PO. Czyli kolejny etap politycznej konsolidacji, który dla wyborców oznacza mniej więcej tyle, że ktoś pozamieniał tabliczki na drzwiach, ale to wciąż ta sama kamienica.
A prezydent?
Karol Nawrocki, strażnik moralności i anioł żyrandola, już zapowiedział, że nie podpisze niczego, co miałoby przypominać „alternatywę dla małżeństwa”. Prezydent tak bardzo boi się słowa „związek”, że nawet w krzyżówkach wpisuje „relacja” zamiast „synonim małżeństwa”.
W kampanii mówił coś innego, ale od kiedy zasiadł w Pałacu, jego poglądy przeszły renowację. Mówi, że chodzi o „osoby wspierające się, jak sąsiedzi”. Zabrzmiało to tak, jakby projekt miał ułatwiać dziedziczenie konfitur i dostęp do zapasów cukru. Tymczasem ludzie walczą o prawo do opieki nad bliskimi, nie do klucza od piwnicy.
PUENTA?
Mamy świat, w którym Trump oddaje kawałki Ukrainy jak pizzę bez zamówienia, Putin planuje pokój przy stole nakrytym do wojny, a Polska przeżywa drugą rocznicę wygranych wyborów z miną, jakby właśnie zgubiła paragon za zmianę.
Rząd mówi, że robi, ale ludzie czują, że jest głównie robiony w konia. Prezydent broni tradycji, ale głównie przed wyimaginowanymi zagrożeniami. A cała klasa polityczna wygląda, jakby próbowała tańczyć tango w kałuży — z rozmachem, ale bez efektu.
Jedyna nadzieja? Że ta polityczna młócka przestanie być kontrolowana i stanie się wreszcie uczciwa. Bez gry w półsłówka i notarialne synonimy. Wtedy może wróci zaufanie. A przynajmniej sens.

Dodaj komentarz