



11 listopada. Święto państwowe. Czerwono-białe flagi powiewają na balkonach, dzieci biegają z chorągiewkami, a w telewizji leci kolejna transmisja z przemarszu facetów, którzy bardziej przypominają rekonstrukcję Powstania Warszawskiego niż obywateli XXI wieku. Czasem nawet pojawi się koń. A jeśli koń – to i od razu cała kawalkada symboli, które niosą więcej zadumy niż sensu.
Dziś świętujemy 106. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Wspaniale, prawda? Tylko że im więcej tych rocznic, tym mniej rozumiemy, co one znaczą. Bo niepodległość – jak wolność, godność i zdrowie psychiczne – to coś, co doceniamy dopiero wtedy, gdy zaczyna znikać. A z nią, jak się okazuje, może być jak z demokracją – da się ją mieć na papierze, a jednocześnie tracić ją codziennie, z uśmiechem na ustach i hymnem w tle.
Niepodległość była cudem.
Serio. Jeśli coś takiego jak cud w ogóle istnieje, to właśnie w listopadzie 1918 roku rozegrał się jeden z nich. Trzy imperia padły jak przeterminowane muchy: Rosja, Niemcy i Austro-Węgry. I nagle, po 123 latach rozbiorowego niebytu, Polska wypełzła z grobu historii jak wskrzeszony bohater narodowej legendy. Mieliśmy szczęście, odwagę, genialnych polityków i trochę chaosu światowego na dokładkę. Trzej ojcowie założyciele – Piłsudski, Dmowski i Paderewski – różnili się wszystkim, może poza rozmiarem ego, ale razem stworzyli państwo z niczego. Jakby ktoś postanowił zbudować katedrę z kartonów po mleku i kilku cytatów z Sienkiewicza.
I ta Polska – licha, biedna, sklejona ze sprzecznych interesów i zbroczona wojną – przetrwała. Zbudowała system edukacji, powołała armię, wystawiła parlament, przegłosowała konstytucję. Wychowała pokolenie, które później walczyło w 1939 roku nie za PiS, nie za PO, tylko za coś, co nazywało się Ojczyzna. Bez dodatku narodowego sponsorowanego przez Orlen.
A teraz?
Teraz mamy niepodległość, która przypomina bardziej wpis na Twitterze niż realną wartość. Zamiast ją pielęgnować – fetyszyzujemy. Zamiast o nią dbać – robimy z niej cosplay. Jedni przebierają się za żołnierzy wyklętych, drudzy za husarię, trzeci za Kaczyńskiego z krzyżem, a czwarty za Tuska z tęczową flagą. Każdy walczy z każdym, jakbyśmy byli na seansie terapeutycznym dla społeczeństw pogranicza.
Niepodległość jako pojęcie się zdewaluowała.
Kiedyś oznaczała nieobecność zaborcy. Dziś? Dla jednych to znaczy „żeby nas Unia nie pouczała”. Dla innych – „żeby TVP nie było tubą rządu”. Dla jeszcze innych – „żeby babcia mogła głosować bez patrzenia za plecy”. Pojęcie rozciągliwe jak stary dres Adidasa. Każdy ma swoją wersję, własny zestaw krzywd, kompleksów i frustracji, który podczepia pod sztandar. A potem idzie w marszu, krzyczy „Polska dla Polaków” i wraca do domu, żeby scrollować TikToka z amerykańskimi filtrami.
Niepodległość przestaje być wspólną wartością, bo nie mamy już wspólnoty. Mamy za to plemiona. Jedno modli się pod figurą z orłem w koronie, drugie pod grafiką z Konstytucją. I choć mówią w tym samym języku, to nie słyszą się nawzajem, bo każdy gra na swoim YouTubie.
A ojcowie założyciele II RP?
Dziś by ich nie wpuszczono do TV Republika ani TVN. Za zbytnią niezależność. Piłsudski byłby za radykalny, Paderewski – za kosmopolityczny, a Dmowski – no cóż, on już dawno zostałby podmieniony na mema z Mentzenem. I nikt by się nie zorientował.
Tamci ludzie – z całym swoim bagażem, dramatami, a często też ze strasznymi poglądami – mieli jedną cechę wspólną: nie chcieli być wasalami. Nie imperiów, nie dyktatur, nie wielkich koalicji. Chcieli być u siebie. I choć się ze sobą tłukli, to jednak wszyscy pisali historię, której dziś nie umiemy ani przeczytać, ani zrozumieć.
Bo my dziś jesteśmy wygodnie zmęczeni. Od demokracji – bo nudna. Od debaty – bo trudna. Od wolności – bo wymaga odpowiedzialności. Więc wolimy marsze, w których można pokrzyczeć, polubić kilka transparentów, wypić coś z piersiówki i poczuć się jak bohater memicznej rewolucji.
Święto Niepodległości to nie tylko data.
To lustro. W którym można zobaczyć, czy jesteśmy jeszcze społeczeństwem. Czy tylko grupą sfrustrowanych jednostek, które spotykają się raz w roku, żeby pomachać flagą, opluć sąsiada i wrzucić selfie z napisem „kocham Polskę, jebać zdrajców”.
A przecież wolność nie jest od święta. Demokracja nie działa tylko w niedzielę przy urnie. I niepodległość nie polega na tym, że nikt nami nie rządzi z Berlina. Tylko na tym, że umiemy rządzić sami sobą. Z głową. Z zasadami. Ze wspólnotą.
Może warto dziś – zamiast tylko defilować – pójść na spacer z dzieckiem, porozmawiać z sąsiadem, zadzwonić do kogoś, z kim się pokłóciliśmy o politykę. Może warto przypomnieć sobie, że Polska to nie tylko „oni”, ale też „my”.
Bo jak się nie ogarniemy, to ta niepodległość nam wyparuje. Nie z fajerwerkiem, ale z cichym „pstryk” – jak zgaśnięcie światła, którego nikt nie zauważył.
A wtedy zostanie nam tylko święto. Bez treści. Bez ludzi. Bez sensu.
Z flagą. Ale na grobie.

Dodaj komentarz