
O północy na Alasce zaczęła się ta dziwna pora, kiedy człowiek powinien spać, a historia – niepokoić. Trump i Putin wyszli do dziennikarzy jak para świeżo zaręczonych celebrytów po udanym weekendzie w kurorcie. Uśmiechy, komplementy, zero konkretów – klasyczny format „Było super, spotkajmy się znowu, a szczegóły ustalimy, kiedy już będzie za późno, żeby cokolwiek zmienić”.
Pierwszy zaczął Putin. Mówił o „konstruktywnej atmosferze wzajemnego szacunku” – co w jego słowniku oznacza: „nikt nikomu nie rzucił krzesłem w twarz, więc sukces”. Oświadczył, że „naród ukraiński jest narodem braterskim” – co brzmiało jak życzenia świąteczne od człowieka, który właśnie spalił ci dom. Wspomniał też o „wspólnej historii Rosji i USA na Alasce” – pomijając szczegół, że ta wspólna historia skończyła się sprzedażą tego kawałka ziemi za równowartość dzisiejszego budżetu Netflixa.
Trump, jak zwykle, zabłysnął logiką z podręcznika „Negocjacje dla początkujących”. „Nie osiągnęliśmy jeszcze celu, ale poczyniliśmy postępy” – powiedział, czyli po amerykańsku: „Nie mamy nic, ale wyglądało ładnie w telewizji”. Dodał, że „spotkanie było ekstremalnie produktywne” – czyli musieli wypić sporo kawy i zjeść dobry deser. I oczywiście żadnych szczegółów, bo po co psuć suspens?
Potem padły złote zdania. Putin po angielsku zaprosił Trumpa do Moskwy – a Trump nazwał to „ciekawą propozycją”. Bo czemu nie? W końcu nic tak nie wzmacnia wizerunku lidera wolnego świata jak wycieczka do stolicy państwa, które właśnie okupuje 20% terytorium Ukrainy.
Obaj panowie zapewniali, że „utorowali drogę do pokoju na Ukrainie”, ale jak zwykle w takich przypadkach, droga ta jest wybrukowana nie tylko dobrymi chęciami, ale i ruinami miast, masowymi grobami oraz pasem startowym dla kolejnych ataków rakietowych.
W tle – Kiriłł Dmitrijew, człowiek Putina od PR-u, zachwycony: „Rozmowy przebiegły wyjątkowo dobrze”. Minister obrony Rosji dodał z uśmiechem: „Doskonały nastrój”. Oczywiście – jeśli negocjacje oznaczają, że agresor dostaje kolejną szansę na przeciąganie wojny, to faktycznie jest powód do toastu.
Trump zapowiedział jeszcze, że następnym razem dołączy Zełenski. Oby tym razem wilk, pies i owca nie siedli razem do stołu bez świadka, który liczy, ile nóg zostało pod obrusem.
W Anchorage wilk i pies ogłosili, że znaleźli wspólny język w sprawie opieki nad owcami. Szczegółów brak, ale obaj zapewniają, że atmosfera była „konstruktywna”, kawa gorąca, a uśmiechy szerokie. Putin wrócił z poczuciem zwycięstwa, Trump z poczuciem, że był gwiazdą programu – a Ukraina z poczuciem, że na tej drodze do pokoju wciąż leży mina.
A więc – sukces? Tak. Dokładnie taki sukces, jaki ogłasza sprzedawca używanych aut po tym, jak wcisnął klientowi wrak z odkręconym licznikiem. Na Alasce wszystko gra. Problem w tym, że ta melodia to raczej marsz pogrzebowy.

Dodaj komentarz