MISIEK, KUKIEŁKI I KANAŁY — POLITYCZNA „MISJA” KAMIŃSKIEGO, KTÓRA MIAŁA WZBUDZIĆ PODZIW, A WZBUDZIŁA ŚMIECH

Warszawa

Gdy Michał Kamiński rusza do Ameryki, drży nie tylko Senat, ale też zdrowy rozsądek. Wicemarszałek Senatu, polityczny mutan… przepraszam, weteran, postanowił za publiczne (czyt. partyjne) pieniądze zafundować sobie road trip po jankeskiej rzeczywistości, by – jak sam twierdzi – ratować polsko-amerykańskie relacje. Niczym Indiana Jones dyplomacji, ale z mniejszą charyzmą i większą walizką.

Oczywiście, Kamiński nie pojechał tam sam z siebie. Wysłał go PSL. Bo przecież kto lepiej reprezentuje tradycyjny, wiejski elektorat niż dawny narodowiec, spin-doktor Kaczyńskiego, homofob z kartoteki medialnej i człowiek, który pojechał do Pinocheta z ryngrafem Matki Boskiej. Tak, to ten sam Michał Kamiński, który był już w ZChN, PiS, PJN, PO i teraz – po transformacji – jest dumnym ludowcem. Może i zmienia barwy jak kameleon na dopalaczach, ale przynajmniej robi to z pewnym rodzajem wdzięku. Takim z rodzaju: „Nie wiem, kim jestem, ale bardzo chcę, żebyś mi zaufał”.

Kamiński, jak sam mówi, spotkał się w USA z ludźmi bliskimi Trumpowi. Brzmi to jak początek kabaretu. Spotkania odbywały się podobno w zaciszu, bez obecności kamer, medii i… faktów. Oczywiście, nie mamy dowodów, że spotkał się z Adamem Bielanem, ale to tylko dlatego, że nikt nie zainstalował podsłuchu. Choć kto wie, może Kamiński znowu oskarży Kidawę-Błońską o szpiegowanie?

Najbardziej absurdalne w tej historii jest to, że PSL wierzy, że Kamiński uratuje ich polityczny byt. Partia, której jedynym pewnym elektoratem pozostali administratorzy KRUS-u, postanowiła zagrać w dyplomatyczne szachy, wystawiając na planszę polityka, który z politycznej szachownicy był już usuwany kilkanaście razy, a i tak zawsze wraca jak karaluch po bombie atomowej. Dosłownie: słowa jednego z jego kolegów brzmiały: „Bombę atomową przeżyłby tylko karaluch i Misiek”. No więc trwamy.

Kosiniak-Kamysz, polityczny odpowiednik jogurtu naturalnego, czyli lider bez smaku, zapachu i daty ważności, nieustannie zapewnia o swoim patriotyzmie i pragnieniu budowy mostów. Tyle że jedyne mosty, jakie buduje, to te do PiS-u. Bo przecież Koalicja Obywatelska go „niewidzi”, a PiS tylko go „nie lubi”. Więc w rachunku politycznych przeżyć wychodzi mu, że lepiej flirtować z dawnym wrogiem niż trzymać z Tuskiem. Cóż, może nie lubi premiera, bo Tusk mu przypomina, jak wygląda prawdziwy lider.

Donald Tusk w tej historii to klasyczny bohater tragicznokomediowy. Niby ma klasę, wizję, i poparcie, ale i tak zawsze znajdzie się jakiś Kamiński, który wytoczy z piwnicy karabin plotek, podszeptów i szamboprzecieków. Tusk nie będzie lubiany przez Trumpa? No i co z tego? Może lepiej nie być lubianym przez człowieka, który myśli, że Polska to stan obok Ohio.

Kamiński tymczasem wraca z Ameryki, cały na biało, chociaż bardziej przypomina starego Misia z misiowych czasów: spiskuje z Bielanem, spotyka Hołownię, knuje, podkopuje, szepcze i potem śmiało oświadcza, że przecież on działa na rzecz… Polski. Jasne, Michał. Tak jak McDonald’s działa na rzecz zdrowego żywienia.

Felieton ten nie jest opowieścią o zdradzie. To raczej bajka o tym, jak niedoszły premier (Kosiniak) i niedoszły Pinocheciarz (Kamiński) próbują ratować Polskę przed tym, kto ją faktycznie prowadzi – czyli Donaldem Tuskiem. W tle mamy Bielana, Hołownię i pewnie jeszcze kilku graczy, którzy przy jednej szklaneczce bourbona w Georgetown mogliby spalić całą koalicję rządową.

Ale spokojnie. PSL zapewnia, że nie planuje koalicji z PiS-em. Na razie. Potem będą mówić, że to dla dobra kraju. A potem… nie będzie już żadnego PSL-u.

I wiecie co? Może to i dobrze.

Bo może w końcu przestaniemy traktować polityków, którzy zmieniają partie częściej niż skarpety, jak ludzi od „misji”. A zaczniemy ich nazywać po imieniu: polityczni freelancerzy, gotowi sprzedać lojalność za bilet w obie strony do Waszyngtonu.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights