
Właśnie się dowiedziałem, że dziś w nocy zmarł Mirek Chojecki.
I wiem, że to banał, ale naprawdę nie umiem tego pojąć. Bo Mirek był dla mnie kimś więcej niż przyjacielem. Był kimś, kto zmienił tor mojego życia – nie zawsze w sposób wygodny, ale zawsze prawdziwy.
Znałem go od ponad sześćdziesięciu lat. To więcej niż połowa historii współczesnej Polski. I więcej niż można znieść, kiedy ktoś taki nagle znika.
Poznaliśmy się w harcerstwie, w 16. WDH im. Zawiszy Czarnego. On był starszy, ja bardziej naiwny – ale to był początek. Potem były lata siedemdziesiąte, atmosfera gęsta jak dym z powielacza, kiedy Mirek już pełną parą działał w Komitecie Obrony Robotników, a potem zakładał „NOwą” – Niezależną Oficynę Wydawniczą. To, co dziś brzmi jak historyczne hasło z podręcznika, wtedy było ryzykiem – realnym, codziennym.
Mirek nie był z tych, co piszą wielkie manifesty. On organizował papier. Składał książki. Prowadził redakcje w konspiracyjnych mieszkaniach, gdzie zawsze pachniało kurzem, stresem i herbatą. Kiedy inni mówili, że „trzeba coś zrobić”, on już to robił.
W PRL-u zatrzymywany był 44 razy. Średnio – raz na tydzień przez cztery lata. A mimo to wychodził z domu, szedł pod obserwacją, robił swoje. To była jego codzienność. Ale dla mnie – i dla wielu – był kimś więcej niż opozycjonistą. Był kotwicą.
W 1984 roku wyrzucono mnie z Polski. I wtedy, za oceanem, znów był Mirek. To on pomógł mi się odnaleźć w Stanach. Nie musiał. Nie z obowiązku. Po prostu taki był. Wiedział, że życie trzeba podtrzymać, zanim zacznie się je naprawiać.
Po powrocie do Polski nasze relacje były już inne. Spotykaliśmy się. Rozmawialiśmy. Ale to już nie było „tamto” – może dlatego, że on był zmęczony, a ja rozczarowany. Może dlatego, że historia, która kiedyś nas spajała, zaczęła nas dzielić. Politycznie nasze drogi się rozeszły. Przyznaję: nie mogłem mu wybaczyć, że przyjął Order Orła Białego z rąk Dudy. Jeszcze do tego z Macierewiczem u boku. To bolało.
On mówił, że jest apolityczny. Że to nie o politykę chodzi, tylko o ludzi. Ale ja nie potrafiłem tego zrozumieć. I pewnie nigdy już nie zapytam, co naprawdę wtedy myślał.
A przecież to nadal był Mirek. Ten sam, który przez całe życie robił wszystko na przekór łatwym rozwiązaniom. W Paryżu wydawał Kontakt, robił filmy, zwoływał spotkania, organizował pomoc dla podziemia. Po powrocie do Polski nie osiadł – tworzył telewizję NTW, robił dokumenty, organizował festiwale, działał w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa.
I nigdy się nie zatrzymał. Nigdy nie przeszedł na „emeryturę z wartości”. Do końca był tym samym człowiekiem, który w 1968 roku usiadł na bruku Politechniki i powiedział „nie” systemowi, który próbował go złamać.
Mirek był trudny. Czasem zamknięty, czasem zbyt uparty, czasem zupełnie gdzie indziej, niż chciałbyś, żeby był. Ale jeśli potrzebowałeś pomocy – był pierwszy. Zawsze. Cichy lojalista. Żelazna konstrukcja.
Dziś, kiedy go zabrakło, czuję coś więcej niż smutek. Czuję się osierocony. Nie politycznie. Nie symbolicznie. Po prostu po ludzku.
Mirek, byłeś uparty jak diabli. I dzięki Bogu.
Dziękuję Ci za wszystko.
Żegnaj.

Dodaj komentarz