
Pierwszy dzień lutego. Niedziela. Zimno jak w sercu posła PiS-u po odebraniu dotacji. Mróz trzyma, jakby kto Morawieckiego za kieszeń chwycił. Słońce oślepia, ale nie grzeje — jak obietnice wyborcze Konfederacji. Nie chce się człowiekowi z domu wyjść, bo i po co? W telewizji awantura, w polityce burdel, w lodówce echo. Dobrych wieści brak, ale — o dziwo — nie chce się umierać. Może dlatego, że w spiżarce mam coś, co rozgrzewa lepiej niż termofor i propaganda TVP: miód pitny.
Tak, Panie Dobrodzieju, miód pitny. Trunek sarmacki, boski, i — co najważniejsze — nie do podrobienia. To nie jest jakieś tam prosecco dla dziewcząt z Instagrama ani whisky, którą popija stary korwinista, gdy się zorientuje, że libertarianizm nie płaci rachunków. Miód pitny to esencja polskości, zamknięta w butelce z kurzem historii i nutą goździków. To trunkowa relikwia, której nie powstydziłby się nawet Onufry Zagłoba, choć ten, jak wiemy, wstyd znał tylko z opowieści.
Miód pitny można pić na ciepło. I pić trzeba. Na zdrowie, za zdrowie, i w obronie zdrowia psychicznego, które dostaje po dupie od poranków z TVN24. Półtoraki, trójniaki, czwórniaki — brzmią jak kolejne plany Zandberga na uzdrowienie gospodarki, ale to tylko proporcje. Mniej wody, więcej miodu. I więcej mocy, tej wewnętrznej, co grzeje duszę i rozmiękcza serce jak sejmowa dieta w garści Pawłowicz.
To nie jest napitek przypadkowy. Prasłowianin, w poszukiwaniu grzyba, jagody i sensu życia, zostawił miodowe resztki w wodzie. Fermentacja zrobiła swoje. Naukowo: dzikie drożdże. Duchowo: cud. Tak powstał napój, który był z nami zanim wymyślono ZUS, podatki i Zbigniewa Ziobrę.
W czasach, gdy mnisi zamiast memów kleili modlitwy, odkryto, że winogrono w Polsce rośnie gorzej niż poparcie dla PSL-u. Ale pszczoła? O, to co innego. Dlatego polska szlachta, zanim zbrzydła w importowane burgundy, syciła miodowe cuda w beczkach z dębu. I nie przez trzy dni, tylko przez osiem lat. To się nazywa cierpliwość. Dziś jak zamówisz kawę i nie przyjdzie po trzech minutach, to piszesz skargę na aplikację. A wtedy? Czekałeś dekadę, żeby się napić.
Zagłoba pił. Rzędziana poił. I dobrze czynił. Trunek ten bowiem nie tylko rozgrzewa, ale i uszlachetnia. Przynajmniej do momentu, aż człowiek nie zacznie śpiewać pieśni biesiadnych, gubić butów i honoru. Ależ czyż nie jestże to piękne? Kiedyś mawiano: „po miodzie bywali i tacy, co spali dwanaście godzin, jak bobaki”. Teraz? Po wódce bywa, że ktoś śpi dwanaście lat w senacie.
I znów miód pitny wraca. Jak stare długi i dawne miłości. Jak śpiew Zjednoczonej Prawicy przed wyborami: słodki, głośny, obiecujący, ale na drugi dzień boli głowa. Komisja Europejska uznała go za Gwarantowaną Tradycyjną Specjalność, co oznacza, że nawet w Brukseli przyznali: Polacy umieją fermentować nie tylko politykę.
Więc niech ten dziwny dzień lutowy będzie pochwałą napoju, który pachnie nostalgią, smakuje historią i daje w głowę z klasą. Niech każdy z nas, śladami braci zakonnych i braci szlachty, sięgnie po kielich. Nie po to, by zapomnieć, ale by lepiej pamiętać: że byliśmy kiedyś krainą miodem płynącą. A teraz? Teraz przynajmniej możemy go znów pić.
Za zdrowie! Za wolność! I za to, że jeszcze nie wybraliśmy Brauna na ministra zdrowia.

Dodaj komentarz