


Polska polityka osiągnęła wreszcie poziom, na którym nie trzeba już satyry — wystarczy stenogram z jednego dnia, by otrzymać dzieło o intensywności pamfletu, rozmachu opery i logice snu człowieka, który zasnął przy transmisji z Sejmu i obudził się w państwie równoległym, gdzie każdy mówi, co chce, robi, co może, a odpowiedzialność rozpuszcza się jak cukier w herbacie.
Na pierwszym planie stoi Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, kobieta, która od miesięcy próbuje jednocześnie być rozsądną technokratką, liderką polityczną, architektką przyszłości i ostatnią nadzieją klasy średniej, co daje efekt przypominający próbę jednoczesnego prowadzenia samochodu, pisania doktoratu i gotowania rosołu — dużo ruchu, dużo pary, a efekt końcowy raczej eksperymentalny niż jadalny.
To ona przychodzi do premiera i z powagą godną traktatów pokojowych oznajmia, że jej partia może obalić minister z własnego rządu, ale jeśli premier powie, że to jego minister, to jej nie obali. Jest to poziom negocjacji, przy którym nawet bazarowy handlarz skarpetkami zaczyna mówić: „proszę pani, zdecydujmy się, czy kupujemy, czy tylko oglądamy”.
Bo oto partia współrządząca państwem przez kilka dni flirtuje z opozycją przy wotum nieufności wobec własnego rządu, po czym wycofuje się, gdy premier przypomina, że istnieje coś takiego jak konsekwencja, a jej brak bywa śmiertelny dla koalicji. Nagle cała polityczna odwaga okazuje się napojem gazowanym — dużo bąbelków, zero wartości odżywczych.
W tle tej operetki stoi Paulina Hennig-Kloska, bohaterka dramatu o tytule „jak przegrać partię, wyjść z niej i zostać ministrem”, obserwując, jak dawni towarzysze próbują ją odwołać, jakby była nie politykiem, lecz meblem kupionym wspólnie na raty i teraz wymagającym zwrotu.
Ale kiedy wydaje się, że absurd osiągnął już poziom trudny do przebicia, wkracza dyplomacja w wersji kabaretowej. Ambasador Stanów Zjednoczonych, człowiek, który zdążył obrazić marszałka Sejmu, zerwać z nim relacje, a następnie wrócić w glorii internetowego komentatora, publikuje wpis w stylu: „Brawo panie marszałku!!!”. Dyplomacja, która kiedyś polegała na półsłówkach i niedopowiedzeniach, dziś brzmi jak komentarz pod filmikiem z kotem.
W tym samym czasie prezes Trybunału Konstytucyjnego pisze do premiera list, który zaczyna się od słów „z satysfakcją przyjmuję”, jakby oceniał referat ucznia, a nie prowadził spór o fundamenty państwa prawa. Ton pedagogiczny, treść polemiczna, powaga sytuacji — żadna.
I kiedy już wydaje się, że dalej się nie da, że to już absolutny sufit groteski, pojawia się Sławomir Cenckiewicz i sprowadza całą debatę państwową do poziomu rozliczenia rachunku za obiad. Oto szef instytucji odpowiedzialnej za bezpieczeństwo państwa domaga się od premiera kilku tysięcy złotych, ogłaszając to publicznie z entuzjazmem człowieka, który właśnie wygrał spór sąsiedzki o miejsce parkingowe.
Nie wystarcza mu jednak sama kwota. Musi być jeszcze styl. Musi być jeszcze połajanka. Musi być jeszcze historyczne porównanie, jakby bez odniesienia do przeszłości nawet przelew bankowy nie miał należytej powagi. I nagle okazuje się, że państwo, które miało być poważnym organizmem, przypomina zbiór ludzi, którzy jednocześnie prowadzą wielką politykę, prywatne porachunki i publiczne przedstawienie.
I teraz proszę spojrzeć na tę galerię postaci: jedna negocjuje z własnym rządem, druga próbuje utrzymać stanowisko po politycznym rozwodzie, trzeci komentuje politykę jak influencer, czwarty pisze listy jak nauczyciel, piąty upomina się o przelew jak windykator z ambicjami literackimi.
A państwo?
Państwo stoi obok i patrzy, jak jego elity polityczne zamieniają się w grupę ludzi, którzy grają jednocześnie w szachy, warcaby i rosyjską ruletkę, nie rozumiejąc zasad żadnej z tych gier, ale z pełnym przekonaniem, że wszystko jest pod kontrolą.
I może to jest najbardziej brutalna diagnoza: to już nie jest kryzys państwa. To jest moment, w którym państwo przestaje być poważnym projektem, a zaczyna być sceną, na której każdy gra swoją rolę — często źle napisaną, źle zagraną i kompletnie niepotrzebną.

Dodaj komentarz