
Michał Urbaniak nie żyje. Nawet pisząc to, trudno mi uwierzyć, że coś tak niepowstrzymanego, jak jego muzyka, mogło kiedykolwiek naprawdę zamilknąć. Miał 82 lata, ale w muzyce był wiecznie młody – niepokorny, nowatorski, nie do zatrzymania.
Nie byliśmy sobie bliscy. Ale był obecny – z tym swoim dźwiękiem, z tym językiem, który od dekad towarzyszył mojemu życiu. I nie umiem pomyśleć o jazzie – szczególnie tym polskim – bez jego twarzy, jego skrzypiec, jego niepodrabialnej nuty.
Wspomnienie o Michale Urbaniaku
(1943–2025)
Nie byliśmy przyjaciółmi. I może to właśnie sprawia, że jego obecność w moim życiu była tak osobliwie stała, tak niewytłumaczalnie obecna. Poznałem Michała Urbaniaka pod koniec lat sześćdziesiątych – wtedy, gdy jazz w Polsce był jak oddech przez cienką słomkę – i od tamtej pory, choć nasze drogi przecinały się tylko od czasu do czasu, jego muzyka nigdy mnie nie opuściła.
Spotykaliśmy się w Polsce, spotykaliśmy się w USA – zawsze na skrzyżowaniu dźwięków i milczeń, które tylko on potrafił zamienić w coś znaczącego. Był jak żywa partytura – nieprzewidywalna, a jednak doskonale zestrojona z rytmem świata. Miał w sobie tę rzadką cechę: nie trzeba było go dobrze znać, żeby nosić go potem ze sobą całe życie.
Nie był sentymentalny, a jednak jego muzyka potrafiła poruszyć coś głęboko osobistego – jakby skrzypce i saksofon mówiły językiem wspomnień, które każdy z nas chciałby odzyskać. Jego kompozycje brzmiały jak sny, które nie zdążyły się spełnić, ale przynajmniej zatańczyły w głowie.
Dziś, gdy go zabrakło, trudno wyobrazić sobie krajobraz polskiego (i światowego) jazzu bez tej figury, która nie znosiła ograniczeń, która śmiała się z etykietek i grała zawsze o kilka taktów do przodu.
Nie był moim przyjacielem. Ale był jednym z tych ludzi, którzy zostają w człowieku na zawsze.
I to się chyba liczy najbardziej.

Dodaj komentarz