




Gdy Donald Trump wbija swoje lakierowane buty w śnieg Davos, świat przestaje patrzeć na ruiny Bachmutu. Media przełączają się z trybu „zagłada w Ukrainie” na „co znowu palnął prezydent od spray-tanu”. To fascynujące, jak jedna pomarańczowa fryzura potrafi przysłonić kolumny rosyjskich czołgów. Takie rzeczy tylko w Ameryce. Albo w kabarecie.
Tymczasem Putin nie marnuje czasu. Uczy się od najlepszych. Gdy Trump zajmuje świat kolejną „wizją pokoju” z Łukaszenką i Orbánem, Rosja zrzuca bomby na elektrociepłownie w Dnieprze i Mariupolu. Ludzie umierają nie od kul, ale od zimna. Kobiety rodzą dzieci w schronach, w temperaturze minus 18 stopni, bez zasilania, bez wody, bez pomocy. Ale Trump… Trump robi „show”. Świat patrzy. Ukraina umiera w ciszy.
Orbán? Ach, Orbán. Ten wehikuł do przeszłości. Jego sobotnia wypowiedź, że NATO i UE nie mogą dotykać granic Rosji, brzmi jak występ ambasadora pokoju na etacie w FSB. Ten człowiek, z entuzjazmem bernardyna witający Trumpa w Davos, najwyraźniej śni o świecie z map historycznych. Problem w tym, że te mapy rozrysowuje w Brukseli.
A u nas? Jarosław „BylebyTrumpNieSięObraził” Kaczyński rzuca pomysłem miliarda dolarów, żeby kupić miejsce przy stole Rady Pokoju. Bo przecież suwerenność to świętość – ale tylko wtedy, gdy chodzi o Niemców. Gdy trzeba podarować Trumpowi prywatne ONZ – to już „inwestycja w przyjaźń”! Za pieniądze podatników. Niech w każdym polskim mieście zabraknie jednego szpitala, byle Donald miał gdzie rozstawić swój tron.
A jak ktoś powie coś głośno, to zaraz usłyszy, że chce rozbić sojusz z USA. To klasyczny argument z podręcznika politycznej manipulacji: albo jesteś z nami, albo z Putinem. Czyli jeśli nie chcesz sponsorować klubu dyskusyjnego Trumpa – jesteś ruskim agentem. Brawa. Powiedzcie to rodzinom żołnierzy, którzy ginęli w Afganistanie ramię w ramię z Amerykanami.
A propos ruskich agentów. Grzegorz Braun, ten literacki potworek, mieszanka Rasputina z konferansjerem wesela z remizy, według Kaczyńskiego to… agent Tuska. Bo jak nie można już powiedzieć, że Tusk to Niemiec, mason i reinkarnacja Zandberga, to zostaje Braun. Który przecież, jak wiadomo, startuje z Piskorskim i wróży z fusów, że to „antysystemowy projekt CIA”.
W tym wszystkim pojawia się nowy bohater tragikomedii: Karol Nawrocki. Prezydent RP z aspiracją do zostania polskim odpowiednikiem Pence’a, ale w wersji pozbawionej poczucia humoru. Oskarżany o sabotowanie wysiłków rządu Donalda Tuska, najwyraźniej uważa, że budżet to broszura reklamowa, którą oddaje się do Trybunału Konstytucyjnego, gdy ktoś się z nią nie zgadza. No i jeszcze gra w drużynie Trumpa – bo przecież zaproszenie na szczyt G20 w Miami to świętość. Czego się nie robi dla selfie z Donkiem.
A w tle, jak zwykle, WOŚP. Krystyna Pawłowicz przegania wolontariuszy spod kościoła, bo przecież dziecięce sondy endoskopowe to, jej zdaniem, dzieło szatana. A Cezary Tomczyk wystawia na aukcję trening strzelecki, żeby zebrać pieniądze na sprzęt medyczny. I co na to Błaszczak? Prokurator! Bo wojsko nie może być „nagrodą” w licytacji. Lepiej, żeby było atrapą obrony w czasie rzadkich lotów Patriota.
Kiedyś, może niedługo, ktoś zapyta: gdzie byliście, kiedy Trump znów wchodził po schodach historii z granatem? Gdzie byliście, gdy Putin wysadzał Ukrainę, a Orbán klaskał mu jak foczka? Gdzie byliście, gdy Pawłowicz przeganiała dzieci z puszkami, a miliardy szły do kieszeni pomarańczowego Nerona?
Byłem tu. I pisałem felietony.
Na zdrowie.

Dodaj komentarz