
To już nie teatr polityczny – to obskurny cyrk, w którym klauni przebrani w togi bawią się konstytucją jak balonikiem z odpustu. Trybunał Stanu w trzyosobowym składzie umarza sprawę immunitetu Małgorzaty Manowskiej, choć wszyscy wiedzą, że do takiej decyzji potrzeba pełnego składu. Prawo? Przepisy? Regulaminy? One tu wiszą jak dekoracje na scenie weselnej – dla ozdoby, żeby goście mogli udawać, że jest powaga.
Manowska, pierwsza prezes SN z nadania PiS-u i samozwańcza cesarzowa legalności, po raz kolejny pokazuje, że immunitet to dla niej nie tarcza, ale zbroja czołgu. Zbudowała wokół siebie fortyfikacje z neosędziów i posłusznych prawników, a każde kolejne posiedzenie TS przypomina bardziej ustawki kiboli niż poważne obrady państwowego organu. Awantury, przepychanki, odraczanie w nieskończoność – to wszystko wygląda jak celowo skonstruowane okopy, które przez osiem lat kopała banda Kaczyńskiego.
Pięcioro sędziów chciało pełnego składu – dostali farsę w wersji mini. Prokuratura wniosła zarzuty – usłyszeli, że nie ma kto orzekać. Obywatele czekają na odpowiedzialność – dostają komunikat, że immunitet jest wieczny jak miłość w brazylijskiej telenoweli. A wszystko to przy akompaniamencie adwokata Lewandowskiego, który z pokerową twarzą obwieszcza kolejne decyzje, jakby sprzedawał bilety na kolejną odsłonę tego kabaretu.
Nie zapominajmy, jakie zarzuty ciążą na Manowskiej: niewykonywanie wyroków, blokowanie orzeczeń, manipulowanie głosowaniami, zwoływanie i niezwoływanie posiedzeń wedle widzimisię. W normalnym państwie takie CV kwalifikowałoby do dożywotniego zakazu zbliżania się do sądu. U nas? Awans na I prezeskę i przewodniczącą TS. Polska – kraj, gdzie nielegalność daje mandat do przewodzenia legalności.
Cała ta groteska pokazuje, że PiS-owska konstrukcja państwa to wciąż pole minowe. Każdy krok reformy natrafia na ładunek podłożony wcześniej przez ludzi Kaczyńskiego: neo-KRS, fasadowy TK, sparaliżowany TS. Manowska jest uosobieniem tej patologii – symbolem państwa, w którym można siedzieć na szczycie sądownictwa i jednocześnie być podsądnym, a potem unikać odpowiedzialności, bo koleżanki i koledzy z układu zawsze znajdą sposób, by „umorzyć” sprawę.
To nie jest tylko skandal prawny. To policzek wymierzony każdemu obywatelowi, który wierzył, że prawo jest tarczą, a nie batem w rękach partii. Manowska zostanie w historii nie jako sędzia, lecz jako bohaterka największego reality show polskiej transformacji: „Jak z tektury i bezprawia zrobić tron, na którym można siedzieć latami”. I tak długo, jak ten tron stoi, tak długo Polska będzie bardziej kabaretem niż państwem prawa.

Dodaj komentarz