
Dziewięć zawiadomień do prokuratury – to już nie lista zarzutów, to pełnoprawny katalog IKEA: każdy element trzeba samemu poskręcać, żeby wyszła cała konstrukcja. Najnowsze pismo przeciw Małgorzacie Manowskiej to oskarżenie o podszywanie się pod sędziego Sądu Najwyższego. Czyli oficjalnie: gra w cosplay sędziowski na koszt państwa.
Sędzia Paweł Juszczyszyn, niczym niezmordowany Don Kichot z Olsztyna, po raz kolejny występuje na scenie. Tym razem mówi wprost: Manowska nie jest sędzią SN, bo powołała ją neo-KRS, a to ciało jest mniej legalne niż handel fajkami w budce z kebabem. A skoro nie jest sędzią, to nie może być I prezesem SN. Logika dziecka z podstawówki, ale u nas wystarcza, żeby rozpalić debatę konstytucyjną.
Manowska tymczasem zachowuje się jak wynajęty lokator, który zamieszkał w pałacu i twierdzi, że meble należą do niego, bo zostawił tam swoją torebkę. Przez lata blokowała wykonanie orzeczeń TSUE i krajowych sądów, trzymała akta pod kluczem, jakby to były rodzinne receptury na sernik. Sędziowie i prawnicy grzmieli, ale ona uśmiechała się jak w reklamie pasty do zębów: niby świeżo, a jednak sztucznie.
Trybunał Stanu w tym serialu odgrywa rolę gangu technicznych: ciągle coś przekłada, wyłącza, odracza. Raz zabrakło sędziów do kworum, innym razem zablokowano posiedzenie, bo zbyt wielu z nich było świadkami. Efekt? Immunitet Manowskiej ciągnie się za nią jak peleryna w tanim filmie Marvela – wszyscy wiedzą, że jest plastikowa, ale nikt nie potrafi jej zdjąć.
A media? Gdy dziennikarze z OKO.press i „Wyborczej” próbowali relacjonować posiedzenie TS, Manowska chciała ich wyrzucić z sali. To trochę tak, jakby konferansjer kabaretu zabronił publiczności się śmiać, bo psuje mu tempo żartów.
Oskarżenia o niedopełnienie obowiązków, blokowanie orzeczeń, manipulowanie głosowaniami – lista jest tak długa, że w normalnym kraju człowiek z takim CV mógłby co najwyżej liczyć na posadę w sklepie z firankami. Ale u nas – proszę bardzo, pierwsza prezeska SN i przewodnicząca Trybunału Stanu. Polska, kraj możliwości.
Manowska zbudowała swój tron z neo-KRS-owego kartonu, obwiązała go czerwoną wstążką i siedzi na nim, jakby to był marmur z Carrary. Problem w tym, że przy każdym nowym zawiadomieniu słychać trzask – to nogi tego tronu. I choć system immunitetów pozwala jej na razie udawać królową, coraz wyraźniej widać, że to tylko kostium wypożyczony z teatru politycznego.
Historia zapamięta Manowską nie jako reformatorkę, nie jako prawniczkę z wizją, ale jako bohaterkę długiej, żmudnej opowieści o tym, jak można podszywać się pod legalność i wierzyć, że to wystarczy. To nie jest już prawo, to reality show – i to w dodatku takie, które ciągnie się o kilka sezonów za długo.
Dedykuję ten felieton wszystkim, którzy wciąż wierzą, że Sąd Najwyższy powinien być sądem, a nie sceną kabaretową z dekoracjami z tektury.

Dodaj komentarz