

Jeśli są jeszcze ludzie, którzy sądzą, że Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego powinien być osobą niezależną, wyważoną, bezpartyjną i kompetentną – serdeczne gratulacje. Prawdopodobnie wrócili właśnie z długiego pobytu w jaskini. Tymczasem my tu, na powierzchni, mamy Małgorzatę Manowską – kobietę-instytucję, która postanowiła udowodnić, że można być jednocześnie funkcjonariuszem państwa, rzecznikiem partii i główną scenarzystką reality show „Prawo według Małgorzaty”.
Nie ma drugiej takiej postaci w polskim życiu publicznym. Serio. Nawet Julia Przyłębska wydaje się przy niej kimś na kształt konstytucyjnej bibliografii. Manowska to absolutne tour de farce. Zresztą – zacznijmy od początku.
Rok 2007. U boku Zbigniewa Ziobry, jako wiceminister sprawiedliwości, młoda, ambitna Małgosia zaczyna karierę publiczną. Już wtedy widziano w niej materiał nie tyle na sędzię, co na lojalną funkcjonariuszkę reżimu – w sensie oczywiście: „obozu dobrej zmiany”. Potem szybka przerwa, bo trzeba odsapnąć i wymyślić, jak jeszcze można zepsuć coś w sądownictwie. W 2016 r. wraca triumfalnie – znów dzięki Ziobrze – tym razem jako szefowa Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury. To tam, w tej swoistej Hogwarcie dla neosędziów, uczniowie uczą się zaklęć takich jak ignoramus orzeczenia i articulo konstytucjo nieinteresujsię.
Prawdziwy popis daje jednak dopiero jako Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego. Wybrana w stylu znanym z filmów o bananowych republikach: dostała dwa razy mniej głosów niż kontrkandydat (50 do 25), ale to nie szkodzi, bo Andrzej „Nie mam złych intencji” Duda postanowił, że to właśnie ona dostanie fotel z orłem. I tak oto zaczyna się kadencja, której efekty widzimy dziś: zgliszcza zaufania publicznego, ruiny niezależności sądów i pełna transformacja Sądu Najwyższego w kabaret absurdu, gdzie bilety rozdaje Kancelaria Prezydenta, a PiS pisze scenariusze.
Manowska rządzi sądem jak dyrektor administracyjny przedszkola – z obsesją na punkcie zarządzeń, personalnych roszad i planów organizacyjnych. Sędziów z doświadczeniem przenosi na boczne tory, za to awansuje swoich neokolegów z Krajówki, często takich, którzy ledwo wiedzą, gdzie jest pokój orzekania. I wszystko to oczywiście zgodnie z ustawą – jak każda rzecz w tym kraju, która nie powinna się w ogóle wydarzyć.
Ale to dopiero przystawka. Danie główne pojawiło się niedawno, gdy minister sprawiedliwości Adam Bodnar powiedział: dość. Prokuratura złożyła wniosek o uchylenie immunitetu Manowskiej, bo – jakby to ująć w języku technicznym – robiła rzeczy niezgodne z prawem. Zarzuty są trzy:
- podejmowanie decyzji bez kworum (czyli: „niech głosuje kto chce, ja i tak zdecyduję”),
- ignorowanie orzeczeń sądów (czyli: „nie uznaję tej gry”),
- odmowa zwołania posiedzenia Trybunału Stanu (czyli: „no chyba żart”).
A teraz najlepsze: jak zareagowała Małgorzata Manowska? W sposób godny wielkiej prawniczki, wirtuoza interpretacji, kobiety, która zna trzy przepisy na pamięć i wszystkie je omija – złożyła zawiadomienie do prokuratury, że ktoś dopisał adnotację do uchwały SN. No dramat. Zbrodnia stulecia. W kraju, gdzie przez lata niszczono fundamenty państwa prawa, największy problem to kilka zdań pod uchwałą. Wyobraźcie to sobie: państwo płonie, a ona dzwoni po straż, bo ktoś niechcący przesunął jej zszywacz.
Zresztą nie ma się co dziwić. To ta sama osoba, która uznała, że jeśli ktoś nie zagłosuje w głosowaniu obiegowym, to znaczy, że się wstrzymał. W takim razie, jeśli nie powiesz Manowskiej „do widzenia”, to znaczy, że chcesz ją adoptować.
Oczywiście cały ten chaos opatrzony jest retoryką o „niezależności sędziów” (czytaj: tylko tych naszych), „zachowaniu porządku konstytucyjnego” (czytaj: tego, co sobie sami napisaliśmy) i „trwaniu na stanowisku” (czytaj: nie ma takiej siły, żeby mnie stąd ruszyć bez ciężkiego sprzętu). Do tego dochodzi klasyczna zagrywka: ”mam rozwiązania”, których oczywiście nikt nie zna, bo są tak dobre, że aż tajne.
W tle tej operetki mamy też nieudaną próbę uzyskania tytułu profesora. Rada Doskonałości Naukowej nie dała się przekonać, że pełnienie urzędów politycznych to wystarczający dorobek naukowy. Dwa razy. Ale spokojnie – w PiS-owskim świecie to nawet zaleta. Gdyby Manowska miała prawdziwy tytuł profesorski, mogłaby być podejrzewana o niezależność.
Tak wygląda dziś wymiar sprawiedliwości w Polsce: rozłożony na czynniki pierwsze, kierowany przez osobę, która codziennie sprawdza, czy może jeszcze coś zignorować, zlekceważyć albo zadekretować. A gdy ktoś próbuje ją rozliczyć – zgłasza doniesienie do prokuratury, bo przecież „nie wolno dopisywać niczego do uchwały”. Jasne, tylko że wcześniej nie wolno było też niszczyć niezależności sądów. I co?
Małgorzata Manowska to symbol całej tej groteskowej epoki – epoki, w której prawo znaczy to, co akurat pasuje partii, a konstytucja to broszura do ozdoby półki. W normalnym kraju byłaby już emerytowaną wiceministerką. U nas nadal udaje, że stoi na straży porządku prawnego. A tak naprawdę stoi na straży wyjścia awaryjnego dla ludzi, którzy w sądach nie szukają sprawiedliwości, tylko posłusznych funkcjonariuszy.
I dlatego właśnie Manowska zostanie zapamiętana. Nie jako sędzia, nie jako profesor, nie jako reformator. Ale jako kobieta, która udowodniła, że można mieć najwyższy urząd w sądownictwie i jednocześnie nie mieć żadnego autorytetu. A to naprawdę trzeba umieć.

Dodaj komentarz