
Polska polityka to nie scena narodowa, a raczej objazdowy teatrzyk, który wjeżdża na wieś z repertuarem pt. „Donald Trump zbawicielem Polski”. Aktorzy drugorzędni wciągają czapki MAGA, jakby to był birecik kardynała Hlonda, i zaczynają śpiewać hymn pochwalny na cześć Ameryki – kraju, którego znają głównie z Netfliksa i memów.
Zginął Charlie Kirk – amerykański influencer, znany w Polsce mniej więcej tak, jak Jan Pietrzak w Nowym Meksyku – i nagle w Sejmie zarządzono minutę ciszy. Posłowie PiS klęli lewicę w Parlamencie Europejskim, że nie uszanowała naszego rodaka z Utah. Rafał Ziemkiewicz porównał go subtelnie do Chrystusa, jakby Mesjasz zmartwychwstał w telewizji Fox News. Gdyby Kirk choć raz w życiu zjadł schabowego w Częstochowie, może bym zrozumiał, ale jego związki z Polską były tak bliskie jak krewetki z Podlasia.
Dominik Tarczyński – znany w Brukseli jako „polski kongresmen z Pensylwanii” – zachowuje się tak, jakby kampanię wyborczą miał prowadzić w Alabamie. Skłócił się nawet z Madonną na Twitterze, co z pewnością zapisało go w annałach dyplomacji obok traktatu wersalskiego. Sakiewicz z kolei roztacza wizję „strefy wolności dla amerykańskiego biznesu”. Czytaj: Polska jako wielki parking dla Amazonu i Ubera, w zamian za selfie z Trumpem przy korytarzu CPAC.
A w tle – prezydent Karol Nawrocki, który swoje pierwsze wystąpienie w ONZ wygłosił w trybie „Ctrl+C, Ctrl+V” z przemówienia Trumpa. Słuchało się tego jak kazania proboszcza z Pcimia recytującego po łacinie – nikt nic nie rozumie, ale wszyscy klaszczą, bo tak wypada.
Tymczasem Szymon Hołownia – nasz własny Ikar w garniturze z sieciówki – spada w dół szybciej niż poparcie dla Polskiego Stronnictwa Ludowego. Najpierw miał być Mesjaszem centrum, potem marszałkiem od Netflixa, a teraz zgłosił się do Genewy na posadę Wysokiego Komisarza. Polska polityka straciła więc kolejną „trzecią drogę”, a my znów zostaliśmy na skrzyżowaniu PiS-PO. I tak to się kręci: co dekadę pojawia się nowy cudotwórca – Palikot, Petru, Kukiz, Hołownia – i każdy kończy w politycznym rowie, zderzony z rzeczywistością jak Brueglowski Ikar z taflą wody.
Waldemar Żurek, nowy minister sprawiedliwości, rozkłada ręce i mówi, że zaufanie do sądów „szoruje po dnie”. Nie wiadomo tylko, czy to dno dna, czy już podziemny garaż. Zawiesza sędziów, grozi innym, a na horyzoncie wciąż snują się duchy Radzika i Schaba – niczym upiory z PiS-owskiej nocnej zmiany. Polska Temida dalej ma przepaskę na oczach, tylko że ktoś jej jeszcze nałożył czapkę MAGA i kazał klaskać Trumpowi.
A gdzieś z boku intelektualiści proponują budowę Instytutu Trzeciej Rzeczypospolitej. Brzmi to pięknie: badania, memoriały, cyfrowa RP, analiza snów i wspomnień. Problem w tym, że w kraju, gdzie pół Sejmu bije brawo Donaldowi Trumpowi, a drugie pół marzy o nowym Petru, taki instytut będzie przypominał muzeum mamutów – szlachetna inicjatywa, tylko zwiedzających brak.
Polska więc dalej balansuje między Ikarami a czapkami z daszkiem. Jedni lecą za blisko słońca i spalają skrzydła, drudzy zaś klęczą przed Ameryką, jakby od niej zależała długość życia naszych kurczaków. I w tym wszystkim Donald Tusk – jedyny, który umie grać w politykę naprawdę – musi oglądać ten teatrzyk z widowni, raz po raz zastanawiając się, czy przypadkiem nie pomylił sceny z kabaretem.
Bo oto mamy kraj, w którym sędziowie okupują gabinety jak działkowcy altany, prezydent cytuje Trumpa, Hołownia pakuje walizki do Genewy, a politycy urządzają żałobę narodową po człowieku, którego imię połowa z nich musiała sprawdzić w Wikipedii.
I jak tu nie wierzyć, że żyjemy w Rzeczpospolitej Absurdów, w której zamiast hymnu leci jingle Fox News, a zamiast godła wisi czapka MAGA z orzełkiem?

Dodaj komentarz