


Unia Europejska – ten wielki, biurokratyczny piec do pieczenia wizji wspólnoty – właśnie wypluła kolejne arcydzieło samobójczej dyplomacji. Po 26 latach przeciąganych negocjacji, umowa handlowa z Mercosurem została przyklepana. Dwadzieścia sześć lat rozmów, pięć minut refleksji, zero sensu.
Teraz przewodnicząca Komisji Europejskiej może z triumfem udać się do Paragwaju – kraju, który do tej pory kojarzył się przeciętnemu Europejczykowi głównie z zagubioną flagą w atlasie – by podpisać coś, co ma „geopolityczne znaczenie”. Bo przecież nic tak nie umacnia Europy jak tanie skrzydełka z Brazylii.
Polska, Francja, Irlandia, Austria i Węgry powiedziały nie. Belgia, jak zwykle, udawała, że nic nie słyszy. Ale większość krajów UE, z błyszczącymi oczkami przemysłu motoryzacyjnego i farmaceutycznego, podniosła rękę za tym porozumieniem jak za kolejną rundą w ruletkę – może coś zyskamy, może tylko stracimy kontrolę nad bezpieczeństwem żywnościowym kontynentu.
Klauzula ochronna? Jasne, że jest! Zadziała, gdy ceny produktów rolnych w UE spadną o 5%. Czyli wtedy, kiedy polski rolnik już będzie siedział na dachu kurnika z tabliczką „na sprzedaż” i próbował wymienić żywego koguta na worek paszy. Komisja Europejska wspaniałomyślnie przewidziała, że jak się zrobi naprawdę źle – to może się coś zrobi. Ale nie za szybko. Dajcie im 14 dni i trzy wewnętrzne procedury z faksowaniem dokumentów w tle.
Mercosur to Argentyna, Brazylia, Paragwaj i Urugwaj. Państwa, które mają swoje zalety, ale niekoniecznie standardy porównywalne z UE. Rolnictwo przemysłowe? Proszę bardzo. Ochrona środowiska? Tylko jeśli nie koliduje z eksportem. Tymczasem w Polsce drobiarze już teraz mają problem, a teraz dorzucimy im jeszcze 180 tysięcy ton brazylijskiego kurczaka rocznie, który kosztuje mniej niż karma dla kota w Berlinie.
Zwykli ludzie pytają: jakim cudem mamy konkurować z krajami, które produkują żywność bez unijnych standardów, z tanim prądem, antybiotykami i robocizną za pół ceny? A Bruksela odpowiada: „dywersyfikacja łańcuchów dostaw”. Dla nich to tylko tabelka w Excelu. Dla rolnika w Podlaskiem – bankructwo z logiem UE.
I właśnie dlatego traktory z całej Polski ruszyły do stolicy. Plac Defilad zmienił się w wieś tematyczną. Przez Aleje Jerozolimskie przetoczyły się transparenty: „UE: rzeźnik rolnictwa” i „Wolę hodować świnie niż słuchać Brukseli”. Rolnicy przemaszerowali Nowym Światem, przez Plac Trzech Krzyży, pod Sejm, potem pod Kancelarię Premiera. Warszawa stanęła – dosłownie i w przenośni. Autobusy na objazdach, korki jak w Black Friday, a politycy chowali się w gabinetach jak norki przed eko-aktywistą.
W Paryżu pod Łukiem Triumfalnym zaparkowały ciągniki z Normandii. We Włoszech rolnicy zablokowali ronda, a w Niemczech pola zamieniły się w pola bitewne. Cała Europa pachniała gnojówką i gniewem. Bruksela udaje, że to perfumy nowoczesnej gospodarki.
Tymczasem Komisja Europejska tłumaczy, że to wszystko „dla dobra wspólnego”. Mamy mieć dostęp do rynku 260 milionów ludzi! Cudownie. Tylko że ci ludzie nie kupią naszej śmietany, tylko niemieckie BMW i hiszpańskie antybiotyki. A polski rolnik? Dostanie konkurencję z Mato Grosso i dopłatę z Brukseli, którą i tak zje inflacja.
Francja udaje, że coś ugrała. Polska wie, że nie ugrała nic. Komisja mówi, że „dywersyfikuje”. A tak naprawdę zmieniamy jedną zależność na drugą – teraz od Brazylii, w której UE nie ma wpływu nawet na termin dostawy mango.
W zamian rolnicy mają dostać 45 miliardów euro w kolejnym budżecie. Czyli plaster na otwartą ranę, naklejony przez księgowego. „Nie narzekajcie, kupcie sobie nowy rozrzutnik obornika i przestańcie jęczeć”. Tylko że rolnicy nie chcą dopłat do upadku. Chcą warunków do godnego funkcjonowania. A nie być mięsem armatnim w wojnie o globalne rynki.
Decyzja Brukseli to akt politycznej kapitulacji. Porażka wspólnoty i zwycięstwo cynizmu. Głosowanie w Radzie UE pokazało, że solidarność w Europie to towar sezonowy – aktualnie wyprzedany. Włochy miesiąc temu mówiły „nie”, teraz mówią „tak”, bo Niemcy policzyły, że bilans eksportu wygląda dobrze.
Zgoda na Mercosur to podcięcie gałęzi, na której siedzi europejskie rolnictwo. Ale przynajmniej będzie taniej. Taniej, szybciej, bardziej egzotycznie. Europejski konsument zje teraz stek z krowy, która widziała więcej świata niż europoseł w delegacji. A rolnik? Rolnik będzie siedział w korku w Warszawie z transparentem i kredytem.
Unia znowu udowodniła, że jak trzeba wybierać – to zawsze wybierze arkusz kalkulacyjny. Umowa z Mercosurem to nie kompromis. To akt kapitulacji. I nie ostatni. Jeśli ktoś jeszcze wierzy w mit wspólnej Europy, niech spróbuje przekonać kogokolwiek, że ta umowa to sukces. I że „równowaga interesów” to coś więcej niż ładna fraza w komunikacie prasowym.
Smacznego.

Dodaj komentarz