
Wieś Bielejewo, centrum świata, zaraz za starą stodołą i sklepem „U Halinki”. Tam, gdzie rozum nie poszedł za pieniądzem, tylko został w kaloszach i z widłami. U nas, proszę ja ciebie, politykę się ogląda nie na kanapie, tylko na skrzynce po jabłkach, z kieliszkiem samogonu i bekonem na zakąskę. I jak się człowiek wkurzy, to nie pisze posta na fejsie, tylko wali w stół i krzyczy: „A niech ich szlag z tymi palmami!”
W stodole, wiadomo, zbiórka jak zawsze: Rysiek, co wygląda jak Kaczyński po trzech dnich w oborze, Heniek, co zna wszystkie przekleństwa w trzech dialektach, Tadek – lokalny ekspert od wszystkiego, co się dało kiedyś przyspawać, no i ja. Mędrzec, znany też jako „ten, co kiedyś czytał gazetę i nie zasnął”.
Zaczęło się od tego, że Kaczyński znowu postanowił być generałem wojny o wszystko. Walczy z KO, walczy z Konfederacją, walczy z rozsądkiem, ale najbardziej to walczy z czasem, bo czas mu już dawno uciekł na rowerze i nawet nie machnął na pożegnanie. Wygląda to jakby dziadek z rozrusznikiem serca chciał biegać maratony. Może i chce dobrze, ale co z tego, skoro zgubił mapę, kompas i buty. Przypomina naszego sołtysa Mietka, co wziął się za naprawę traktora, a potem odkrył, że to jednak była betoniarka.
Tusk tymczasem chodzi po scenie jak nauczyciel, co już wie, kto ukradł kredę, ale jeszcze udaje, że prowadzi lekcję. Ma ten swój uśmieszek, jakby każde jego słowo było reklamą pasty do zębów i jednocześnie znakiem do ataku. No i ten Sikorski, panie, co za gość! Jakby Terminator miał maturę i gust do garniturów. Jak pokazuje gest Kozakiewicza, to nie z palca, tylko z paszportu dyplomatycznego. U nas by nie przetrwał tygodnia, bo raz, że za mądry, a dwa, że nikt by nie uwierzył, że taki co nie klęka przed księdzem może coś załatwić.
Wielką furorę zrobił ostatnio, jak publicznie zaorał prezydencką ekipę przy ambasadorskich nominacjach. Powiedział, że to on trzyma paszporty – i rzeczywiście, trzymał, a oni tylko memy pisali. Potem wrócił do pokoju, gdzie ponoć stoi globus i flaszka szkockiej. Nie wiadomo, co częściej obraca – kulę ziemską czy szkło.
A prezydent? Ten Nawrocki? No panie, to jest człowiek jak pogoda w marcu: nie wiadomo, czy śnieg, czy słońce, ale zawsze coś nie tak. Wygląda, jakby go co tydzień wyjmowali z szafy i pytali: „To co dzisiaj powiesz, Karol?” A on, jak kura na wiejskiej drodze: chodzi, gdacze, ale nie wie, dokąd i po co. Przemawia jakby szukał przecinków w ciemności. Raz mówi, że nie wie, raz że może wie, ale nie powie. To taki polityczny kret: niby pod ziemią, ale ciągle kopie. Ostatnio wystąpił w telewizji i wyglądał, jakby myślał, że jest w kolejce po pasztetową, a nie w studiu. Jego doradcy to chyba kartofle z oczkami, bo nikt normalny nie pozwoliłby mu wychodzić na ludzi z miną „gdzie ja jestem”.
A Hołownia? No proszę was, Hołownia to jak ten ministrant, co raz kadzi, raz dzwoni, a raz potyka się o własny kordon moralny. Najpierw mówił, że nie wejdzie z PiS-em w żadne tango, a potem zatańczył tak, że nawet wiatrak na dachu stodoły się zawstydził. Dla niepoznaki nazwał to „konstruktywnym dialogiem” – u nas to się nazywa „nóż w plecy w biały dzień”. Rysiek powiedział, że jakby on tak świniaka sprzedawał, to by mu sąsiad po pysku dał i jeszcze ze dwa razy doprawił za obłudę.
A PSL? Podstępni jak lis w kurniku. Kosiniak-Kamysz z Kamińskim biegają po Sejmie jak dwaj sprzedawcy odkurzaczy: obiecują czystość, a zostawiają bałagan. Mówią jedno, robią drugie, a jak ich złapiesz, to udają, że przyszli tylko po sól. W Bielejewie takich się nie słucha – im się zawiązuje worek od mąki na głowie i sadza na chwilę w stogu, żeby przemyśleli swoje życie.
Na szczęście mamy też wyjątki. Taki Domański – wygląda jakby wiedział, co robi. Mówi jak człowiek, słucha jak człowiek i nawet nie krzyczy. U nas mówi się na takich „coś z niego będzie”. I to dużo. Może nie cudotwórca, ale przynajmniej wie, po której stronie krowa ma rogi.
A Żurek? Ten to już w ogóle. Gość jak z westernu, tylko zamiast rewolweru ma kodeks, a zamiast konia – godność. Jak wchodzi do sali sądowej, to sędziowie prostują się szybciej niż słoneczniki do słońca. Ostatnio rzucił tekst o niezależności sądów, który u nas powtarzany jest przy ognisku jak legenda o tym, jak Franek zgubił traktor w stawie.
No i oczywiście nie możemy zapomnieć o wątku zagranicznym, czyli: świat płonie, a przywódcy podają do stołu ognisko. Netanjahu na Bliskim Wschodzie zachowuje się jak organizator sylwestra z fajerwerkami z demobilu – dużo huku, mało sensu. Zachód patrzy, marszczy czoła i zastanawia się, czy jeszcze to jest polityka, czy już autoterapia przez ogień.
Kanada i Wielka Brytania uznają Palestynę, Bałtowie nie, bo boją się Trumpa. Dosłownie. Że ich wskaże jak niegrzeczne dzieci i nie przyśle NATO na ratunek, tylko kartkę z napisem „Good luck”. A Trump? On grozi Afganistanowi jakby to była jego lodziarnia, a oni nie zapłacili czynszu. Zapomniał, że to jego ekipa uciekła z Bagram szybciej niż my z pola przed gradem.
A NATO? Coraz bardziej przypomina koło łowieckie, co zapomniało, po co ma strzelby. Każdy patrzy, czy mu się opłaca ratować sąsiada, czy może lepiej poczekać, aż sam się ugotuje w tym swoim kotle.
A my? My mamy stodołę, samogon i zdrowy rozsądek, co nie zginie nawet, jak przyjdzie inflacja, wojna i deszcz w żniwa. Bo tu, w Bielejewie, jak kto co głupiego powie, to nie ma, że „wolność wypowiedzi”. Tu się odpowiada: „Idź lepiej wykop ziemniaki, to ci przejdzie.”
I niech tak zostanie. Bo jak mawiał dziadek Błażej: „Jak koń zaczyna gadać, a człowiek tylko rży, to znak, że świat postawili na beczce i podpalili zapałką.”
– Mędrzec Bielejewski, głos rozsądku spod stodoły, stolik drugi od beczki

Dodaj komentarz