KRZYK, GIEŁDA I BRATANKOWIE OD ZAMKNIĘTEJ KUCHNI

Warszawa

Poniedziałkowy wieczór ma smak niedopitej kawy i lekko przypalonego spokoju. Człowiek jeszcze próbuje wierzyć, że świat jest przewidywalny jak rozkład jazdy PKP, ale już wie, że zaraz ktoś ogłosi opóźnienie z przyczyn niezależnych od rozumu. Słońce świeci, notowania rosną, a polityka – jak zwykle – zachowuje się jak pijany kelner: wszystko niesie naraz i wszystko zaraz upuści.

Zaczyna się w Przemyślu, który nagle staje się sceną teatru narodowego. Karol Nawrocki stoi obok Tamása Sulyoka i opowiada o przyjaźni polsko‑węgierskiej, tej samej, która zawsze brzmi najlepiej wtedy, gdy najmniej wiadomo, co właściwie znaczy. Padają słowa o historii, o wspólnych bohaterach, o rodzinie europejskiej – i wszystko byłoby jeszcze do zniesienia, gdyby nie to, że za kulisami ktoś właśnie przesuwa dekoracje na plan pod tytułem „Budapeszt”.

I wtedy pada pytanie. Z gatunku tych prostych, które w polityce działają jak zimna woda na kota. Czy nie przeszkadza bliskość Viktora Orbána z Władimirem Putinem.

I nagle cała ta elegancka konstrukcja zaczyna trzeszczeć.

Prezydent się odwraca, wraca, podchodzi, podnosi głos. Nie odpowiada – on wygłasza reprymendę. „Pan redaktor się ogarnie i słucha, co mówi prezydent Polski. (…) Władimir Putin to zbrodniarz. Rozumie pan redaktor? Do widzenia”.

I w tym jednym krótkim spięciu jest cała esencja tej prezydentury – napięta szczęka, podniesiony głos i przekonanie, że rzeczywistość ustępuje przed tonem.

To nie jest już komunikacja. To jest ustawka – taka kibolska, przed meczem, gdzie najpierw się krzyczy, potem patrzy groźnie, a na końcu liczy, że nikt nie sprawdzi, czy za tym stoi cokolwiek poza powietrzem.

Tyle że tu nie ma trybun. Tu są kamery.

I dobrze, że skończyło się na krzyku, bo zabrakło tylko jednego gestu, żeby ktoś zapytał, czy prezydent Rzeczypospolitej właśnie nie pomylił konferencji prasowej z parkingiem pod stadionem.

Donald Tusk odpowiada jednym zdaniem, które ma w sobie więcej precyzji niż cała konferencja: to nie dziennikarze wpakowali prezydenta w rosyjskie bagno.

I tu robi się naprawdę ciekawie.

Bo równolegle, jak w dobrze napisanej farsie, mamy drugi akt – Budapeszt. Viktor Orbán, człowiek, który zbudował państwo przypominające bankomat dla swoich znajomych, stoi dziś po kolana w systemie, w którym – jak mówią ludzie z Transparency International – korupcja przestała być patologią, a stała się ustrojem.

Nie mówimy o drobnych przekrętach. Mówimy o mechanizmie, w którym 25 procent publicznych przetargów trafia do kilku zaprzyjaźnionych nazwisk. W którym zięć, ojciec i przyjaciel premiera rosną szybciej niż inflacja. W którym państwo nie działa dla obywateli, tylko dla własnej kieszeni.

To nie jest już oligarchia. To jest rodzinny biznes z hymnem.

I do tego właśnie miejsca jedzie polski prezydent. Z powagą, z uśmiechem, z opowieścią o „bratankach”.

Bratankowie, którzy jedną ręką machają do Brukseli, a drugą odbierają telefony z Moskwy.

Bo jeśli ktoś jeszcze udaje, że nie widzi związku, to powinien zacząć od elementarza. Węgry blokują pieniądze dla Ukrainy. Węgierska dyplomacja przekazuje informacje Rosji. Węgierski system polityczny gnije od środka jak zapomniane mięso w lodówce, którą ktoś wyłączył, żeby oszczędzić na rachunku.

A my jedziemy tam z wizytą kurtuazyjną.

W kraju tymczasem mamy trzeci plan. Stadion. Transparenty. Kibice, którzy jeszcze niedawno byli „solą narodu”, a dziś piszą do prezydenta, że „nie jest jednym z nich”. Powód? Weto do nowelizacji kodeksu postępowania karnego. Sprawa konkretna: tymczasowe areszty, dowody zdobyte nielegalnie, artykuł 60 kodeksu karnego. Rzeczy nudne, techniczne, nie nadające się na konferencję prasową.

A jednak to właśnie tam polityka zderza się z rzeczywistością.

Bo łatwo mówić o suwerenności na tle flagi. Trudniej wytłumaczyć, dlaczego ktoś może siedzieć miesiącami bez aktu oskarżenia.

W innym kącie sceny mamy jeszcze Grzegorza Brauna, który przychodzi do prokuratury i wychodzi, bo uznaje, że nie ma czasu na procedury. Państwo, które próbuje go zatrzymać, wygląda przy nim jak nauczyciel, któremu uczeń właśnie zabrał dziennik i wyszedł z klasy.

A nad tym wszystkim unosi się Donald Trump, który prowadzi politykę jak hazardzista po trzeciej kawie i czwartej obietnicy: najpierw grozi zbombardowaniem Iranu, potem odkłada bomby „na pięć dni”, po czym ogłasza „świetne rozmowy”, których druga strona nie widziała nawet w snach. Jednym wpisem spuszcza napięcie z rynku ropy jak z przebitej opony, a drugim z powrotem je pompuje, żeby było czym handlować.

I inwestorzy klaszczą, jakby ktoś właśnie odkrył pokój na świecie, choć w rzeczywistości odkryto tylko nowy rodzaj blefu – geopolitykę graną w trybie „all in”, gdzie stawką jest wszystko, a odpowiedzialność jak zwykle zostaje na stole.

To już nie jest dyplomacja. To jest reality show z rakietami w tle i tickerem giełdowym zamiast napisów końcowych.

To jest ten sam mechanizm.

Krzyk zamiast odpowiedzi. Gest zamiast decyzji. Narracja zamiast rzeczywistości.

I gdzieś pośrodku tego wszystkiego stoi Polska, która jednocześnie chce być częścią Zachodu i robi wszystko, żeby wyglądać jak jego obrażony kuzyn, siedzący przy stole, ale jedzący z kimś innym.

Najbardziej bolesne jest jednak to, że to już nikogo nie dziwi.

Że prezydent może krzyczeć na dziennikarza i tego samego dnia polecieć do kraju, który jest politycznym przekaźnikiem Kremla.

Że można mówić o zagrożeniu ze strony Rosji i jednocześnie uśmiechać się do jej najwierniejszego partnera w Unii.

Że można mówić o praworządności i jednocześnie produkować chaos, w którym nikt już nie wie, gdzie kończy się państwo, a zaczyna teatr.

A finał? Finał jest już nawet nie tyle prosty, co bezczelnie oczywisty.

Nie mamy dziś polityki zagranicznej. Mamy turystykę emocjonalną z elementami hazardu.

A jeśli ktoś jeszcze wierzy, że siedzimy przy europejskim stole jako równorzędni partnerzy, to niech spojrzy uważnie – my już nie jemy z talerza, my jesteśmy w menu.

A Karol Nawrocki nie jest przy tym stole nawet kelnerem – jest tym gościem, który najgłośniej krzyczy, gdy przynoszą rachunek, i pierwszy znika, kiedy trzeba zapłacić.


  1. Iwona

    Jak zwykle niezwykle trafne. Dziękuję.

    1. Justyna

      Uwielbiam czytać Pana teksty.

  2. TS

    Lajk!

  3. Elzbieta Sabik

    Jak zwykle doskonały tekst.Przeczytałam jednym tchem.Czekam na następny.

  4. Monika Możdżonek

    Dziękuję za Pana felietony. Zawsze trafiają w sedno.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights