Krystyna Pawłowicz: ostatni akt tragifarsy z baldachimem patriotyzmu

Warszawa

Krystyna Pawłowicz: ostatni akt tragifarsy z baldachimem patriotyzmu

Krystyna Pawłowicz schodzi ze sceny. Ale jakże teatralnie! Nie z klasą, nie z honorem, nie po cichu — lecz z dzwonami, oświadczeniami i melodramatem godnym telenoweli emitowanej na zmianę z transmisją mszy świętej. Odchodzi — ale nie teraz, o nie! Teraz to by było zbyt użyteczne. Musi jeszcze przez kilka miesięcy „cudownie wyzdrowieć”, jak święta uzdrowicielka z Twittera, żeby Trybunał Konstytucyjny nie rozpadł się w proch jak mokry herbatnik.

Z ust tej osobliwości polskiej sceny polityczno-judykacyjnej padły słowa wielkiej krzywdy: „akty nienawiści”. Bo memy, bo internet, bo społeczeństwo nie doceniło jej boskiego daru interpretacji Konstytucji jak broszurki partyjnej. Biedna, dręczona przez złośliwe społeczeństwo jak rozkapryszona cesarzowa bez tronu. Aż zdrowie jej się pogorszyło — ale tylko trochę. Na tyle, żeby odejść, ale nie natychmiast. Jeszcze chwilkę, jeszcze jedną ustawę, jeszcze jeden wyrok.

Bo, przypomnijmy, jeżeli Pawłowicz odeszłaby teraz, Trybunał nie mógłby orzekać — nie ma składu. Brakuje minimum jedenastu sędziów, a jest tylko jedenastu, licząc panią cudownie uzdrowioną. Bez niej Nawrocki nie może posłać ustawy budżetowej do TK i nie dostanie pretekstu do ogłoszenia wyborów. A przecież właśnie tak się psuje państwo — nie przez błąd, tylko przez strategię.

A dorobek? Pawłowicz to istny wulkan pogardy, sejsmiczny epicentrum bufonady. Była posłanka, profesor, Twitterowy Kaznodzieja Epoki Ciemności. W Sejmie siała słowne trzęsienia ziemi, w Trybunale zamieniała Konstytucję w papierek lakmusowy lojalności wobec partii. Każdy jej tweet brzmiał jak ostateczny manifest osoby, która właśnie przegrała z rzeczywistością.

To ona potrafiła z równą pasją opluwać „gender”, gejów, wegetarian i wszystkich, którzy odważyli się mieć IQ wyższe niż temperatura pokojowa. Była jak megafon w rękach trolla, jak trybunałowa wersja Królowej Kier z „Alicji w Krainie Czarów”, której każdy wyrok kończył się okrzykiem: „Ściąć głowę!”

A teraz? Teraz mamy patetyczne pożegnanie, wypowiedzi o „agresji wobec instytucji konstytucyjnych” i „nękaniu rodzin”. Wzruszające, gdyby nie fakt, że pani Pawłowicz sama przez lata traktowała debatę publiczną jak ring MMA, a mikrofon jak maczugę.

Jej odejście to jak zamknięcie najgorszego kabaretu — takiego, który ani nie śmieszy, ani nie straszy, tylko uwiera jak zbyt ciasny beret. Ale spokojnie. Pani Krystyna jeszcze z nami zostanie do grudnia, jak ten niestrawny bigos w lodówce — nie wiadomo, czy wyrzucić, czy jeszcze poczekać, aż sam odejdzie.

Wkrótce zapewne trafi do jakiejś rady nadzorczej Instytutu Imienia Własnej Chwały. A my? My wreszcie możemy odetchnąć. Przynajmniej na chwilę, zanim historia znowu powie: „Patrzcie, kogo znów wybrali.”


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights