
Działalność szefa PKOl to dowód, że w polskim sporcie nie ma takiej kwoty, której Radosław Piesiewicz nie potrafiłby przytulić z miną olimpijczyka i gadką biznesmena. Gdyby Pierre de Coubertin wiedział, że jego idea „fair play” zostanie zamieniona w „fair pay”, to zamiast igrzysk, promowałby curling na łyżeczkach w barze mlecznym.
Zacznijmy od faktów: siedziba Polskiego Komitetu Olimpijskiego w Warszawie zmienia nazwę na „Zondacrypto Centrum Olimpijskie PKOl”. Nie, to nie żart. To nie żadna satyra. To rzeczywistość, którą podpisał sam Radosław Piesiewicz. I to nie w Warszawie, ale w Monte Carlo – gdzie jak wiadomo, tradycje olimpijskie są tak gęste jak łzy hazardzistów przy ruletce.
W nowej rzeczywistości sponsorzy PKOl-u nie kupują tylko przestrzeni reklamowej. Kupują historię. Kupują miejsce, gdzie składa się olimpijskie przysięgi, gdzie stoi muzeum polskiego sportu. Teraz będzie to miejsce świecić kryptowalutowym neonem i zapachem podgrzanych tokenów.

W zamian za to sportowcy mają dostawać połowę nagród w kryptowalutach. Płatność w tokenach, wypłata na giełdzie, wartość zmienna jak humor Mariana Banasia. Do tego edukacja sportowców w zakresie handlu walutami cyfrowymi. Czyli najpierw biegniesz po medal, potem uczysz się spekulacji. Sport to zdrowie, kryptowaluty to adrenalina. Wszystko zgodnie z duchem czasu, czyli „zbij majątek, zanim inflacja go zje”.
Nie zapominajmy, że Piesiewicz to nie żaden sportowiec. To człowiek z biznesu, który wpadł na pomysł, że PKOl może być NGO-sem z duszą korporacji. I rzeczywiście – pod jego rzadko widocznym, ale zawsze obecnym kierownictwem – PKOl nie potrzebuje już pieniędzy z budżetu. Wszystko ogarnie sponsor. Byle prywatny. Byle szybko. Byle bez pytania o szczegóły.
Wszystko dzieje się zresztą w stylu, który Piesiewicz opanował do perfekcji. Pomysły ogłaszane z Monako. Umowy podpisywane z dnia na dzień. Firmy z branży kryptowalut, które zostały rzekomo prześwietlone przez „dwie kancelarie”. A że główne siedziby są poza jurysdykcją polską, a nazwy brzmią jak losowe hasła z Twittera? Szczegóły, drobiazgi, nuda.
Na pytanie o to, czy sportowcy rozumieją wartość swoich nagród, Piesiewicz odpowiada jak klasyczny sprzedawca garnków na raty: „Szkolimy ich”. Oznacza to mniej więcej tyle, że za chwilę nasi olimpijczycy będą uczyć się obsługi portfeli kryptowalutowych, zamiast trenować do zawodów.
Nie bez znaczenia jest fakt, że umowy z państwowymi sponsorami – jak Enea – są zrywane, bo PKOl nie wypłaca w terminie pieniędzy związkom sportowym. Winny? Oczywiście minister sportu. Zawsze ktoś inny. Nigdy on. On tylko „zarządza niezależną organizacją”.
I tu dochodzimy do najpiękniejszego fragmentu narracji: Piesiewicz jako ofiara systemu, który sam wymyślił, podpisał, sprzedał i oświecił kryptoneonem. Człowiek, który chce przejąć sport wyczynowy od państwa, jednocześnie odcinając się od budżetowej kroplówki. Człowiek, który z dumą mówi, że wszystko działa jak trzeba, a jednocześnie związki sportowe biorą kredyty, żeby wysłać kadry na zawody.
To nie jest menedżer. To jest hochsztapler z marketingowym wykształceniem i więziami między banknotem a złudzeniem.
IGRZYSKA BLOCKCHAINOWE 2026 — CZAS START!
I niech nikt nie mówi, że sport się nie zmienia. W 2026 roku w Mediolanie i Cortinie zawodnicy wystartują w dyscyplinach klasycznych, ale nagrody odbiorą już w stylu nowofinansowym — złoto, srebro, token. Ceremonię medalową otworzy sam Radosław Piesiewicz, w stroju galowym od Balenciagi, z QR-kodem do portfela ZondaCrypto na klapie. Po hymnie narodowym — hymn giełdowy, po flagach – wykresy świecowe.
Złoty medalista w biegu na 10 000 metrów otrzyma symboliczny medal i 250 000 złotych w tokenach, których wartość może w każdej chwili zamienić się w jeden hot-dog na stacji benzynowej w Estonii. Srebro zostanie opodatkowane odgórnie na rzecz biura prawnego, a brąz – zgodnie z wytycznymi Komisji Etyki PKOl – zostanie wymieniony na NFT przedstawiające uśmiechniętego Piesiewicza.
Nie będzie igrzysk bez sportu, ale sport już nie będzie bez Piesiewicza. On nie tylko wymyślił, jak oddzielić sport od państwa – on go oddzielił także od rzeczywistości.
Może i igrzyska będą zimowe, ale na pewno nie transparentne. Pieniądze są kryptowalutowe, więc nie widać, gdzie płyną. Wiadomo tylko jedno: igrzyska w duchu Pierre’a de Coubertin zamieniono na duchologię z Monte Carlo.
A Tusk? Tusk jak zwykle w garniturze z szafy Churchilla, z papierosem w ręku, patrzy z boku i mówi z przekąsem: „A nie mówiłem?”
Smacznego. Zimna hipokryzja w pakiecie z rozgrzanym portfelem Piesiewicza.

Dodaj komentarz