KRYPTODYKTATURA I KRYPTOSZOPKA, CZYLI JAK ROMANOWSKI ZNOWU OŚMIESZYŁ PAŃSTWO

Warszawa

Gdyby Marcin Romanowski nie istniał, trzeba by go wymyślić. Bo który inny poseł z różańcem w zębach i funduszem w kieszeni potrafiłby zamienić europejski nakaz aresztowania w kolejny odcinek serialu „Prawo i Bezprawie”? Tymczasem w piątek sąd wyciągnął wtyczkę z tej produkcji, uchylając ENA, czyli bilet w jedną stronę do Polski — i, jak się okazuje, także do ZK.

Sędzia Dariusz Łubowski, znany z tego, że potrafi nie zgodzić się nawet na ekstradycję domniemanego sabotażysty gazociągowego, postanowił zostać gwiazdą sądowej wersji TikToka. Na posiedzeniu niejawnym (czyli w ulubionym trybie PiS-u: bez świadków, bez światła dziennego, najlepiej z zasłoniętymi oczami), stwierdził, że Europejski Nakaz Aresztowania dla Romanowskiego jest bezzasadny. Bezzasadny jak duma Jacka Kurskiego.

Prokuratura Krajowa wpadła w furię, minister Waldemar Żurek przestał oddychać nosem, a opinia publiczna właśnie przeżyła deja vu z czasów, kiedy prawo w Polsce przypominało bardziej sugestię niż regułę. Sąd nie tylko uchylił ENA, ale przy okazji napisał uzasadnienie, które można by oprawić i powiesić nad drzwiami Ministerstwa Sprawiedliwości — w dziale „wstyd narodowy”. W dokumencie pojawiły się m.in. sformułowania o „kryptodyktaturze”, „ingerencjach w niezawisłość sądów” i wypowiedziach przedstawicieli władzy, które „nie licują z elementarnymi standardami państwa prawnego”. Mamy więc państwo z dykty i sąd z fanfikiem.

Romanowski, zadowolony jak kot, który ukradł kremówki z kurii, przebywa nadal na politycznych wakacjach na Węgrzech. Azyl polityczny od Viktora Orbána to jak dyplom magistra prawa od pijanego notariusza — nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Tymczasem poseł, oskarżony o udział w zorganizowanej grupie przestępczej i ustawianie konkursów z Funduszu Sprawiedliwości, prezentuje się jako ofiara reżimu. Nie reżimu Ziobry, broń Boże. Tego nowego, europejskiego, który śmie chcieć prawa i sprawiedliwości.

A skoro mówimy o kabarecie, nie może zabraknąć Michała Dworczyka. Piątkowa konferencja prasowa byłego szefa KPRM przypominała wieczorek autorski człowieka, który właśnie przeczytał akta własnej sprawy i się zasmucił. Zarzuty? Utrudnianie śledztwa, niszczenie dowodów, prowadzenie korespondencji państwowej na prywatnej skrzynce. Ale Michał mówi, że to wszystko absurd, że on przecież był ofiarą ataku hakerskiego. I że zarzuty są „kuriozalne”. Czyli klasyk: ktoś spalił dom, ale winne są zapałki.

Na marginesie: Dworczyk został przesłuchany, a później odczytał z kartki komunikat jak uczeń na akademii z okazji Dnia Nauczyciela. Brakowało tylko konfetti i Mateusza Morawieckiego z tubą pełną frazesów o „walce z układem”. A nie, czekaj. Morawiecki się wypowiedział — że Dworczyk to „państwowiec”. Cóż, jeśli Dworczyk to państwowiec, to ja jestem Czesław Mozil.

Na szczęście coś się tego dnia udało. Do Polski przyleciał Wołodymyr Zełenski. Najpierw spotkał się z Karolem Nawrockim, który wyraził serdeczne „oczekiwanie wdzięczności” — czyli po staremu: najpierw pomagamy, a potem robimy awanturę, że ktoś się nie ukłonił. Zełenski, dyplomata do szpiku kości, podziękował, zaprosił do współpracy, zaoferował pomoc w zakresie obrony przed dronami (co w Polsce może się przydać, zwłaszcza do zbijania politycznych much).

Prawdziwa treść wizyty objawiła się jednak dopiero podczas spotkania z Donaldem Tuskiem. Premier był precyzyjny, cierpliwy i jak zwykle bez grama wazeliny. „Wasza walka jest naszą walką o Europę” – powiedział. „Traktujemy cię jak bohatera”. Potem dodał: „Wiem, że nie grasz w karty, tak kiedyś powiedziałeś, ale dzięki nam masz mocniejsze karty”. Tusk, jak zawsze, gra w brydża, gdy inni nie opanowali jeszcze piotrusia.

Oczywiście cały ten klimat serdeczności i strategicznego partnerstwa musiał zostać popsuty przez Sławomira Mentzena, który na osobnej konferencji zażądał „stawiania warunków”, „obcięcia socjalu dla Ukraińców” i „zadośćuczynienia za Wołyń”. Brzmiało to jakby Konfederacja zamieniła się w koło gospodyń żalących się na sąsiadów. Mentzen wyglądał na człowieka, który zjadł zbyt dużo wątróbki z cebulą i teraz chce się zemścić na geopolityce.

Piątek był więc dniem pełnym symboliki: sądy ugięły się pod ciężarem własnych uzasadnień, Dworczyk próbował grać niewiniątko, a polski rząd pokazał, że czasem umie być poważny, choć tylko do momentu, gdy ktoś z Konfederacji nie zabierze głosu. Polska polityka? To już nie sitcom. To reality show z elementami thrillera i kabaretu.

Do przeczytania przy innej okazji. O ile sędzia Łubowski nie postanowi, że felietony też trzeba uchylać


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights