
Karol Nawrocki to człowiek, który udowadnia, że głupota ma nie tylko dno, ale i piwnicę, a on właśnie zainstalował w niej gabinet prezydencki. Facet, który konstytucję zna tylko z widzenia (i to przez szybę w antykwariacie), kibol w garniturze, sutener politycznych interesów, bigot z ambicjami Mesjasza – oto nasz nowy „mąż stanu”. Jeśli ktoś uważał, że Andrzej Duda był długopisem, to Nawrocki jest całym zestawem papeterii, tyle że ze śliną zamiast atramentu.
Kiedy nie czyta ustaw (bo po co, skoro Bogucki może je mu przetłumaczyć na język maczety i pałki), rozważa jak tu jeszcze bardziej podzielić Polaków. Wróg migrantów, wróg kobiet, wróg wszelkiej inności – chyba że ta inność przychodzi w postaci tweetów od Donalda Trumpa. Bo Nawrocki, jak każdy kibol z blokowiska, marzy o tym, żeby duży chłop z Ameryki poklepał go po ramieniu. Problem w tym, że Trump klepie wszystkich, by sprawdzić, czy przypadkiem nie mają przy sobie portfela.
Scena w Waszyngtonie – cały świat przy stole, a Polska? Polska dostała miejsce w szatni. Prezydent Ukrainy, prezydenci Europy, Trump – wszyscy rozmawiają, a Nawrocki stoi na zewnątrz jak ochroniarz z dyskoteki, który nie zna hasła. Ale spokojnie, tłumacz Bogucki zaraz wytłumaczy nam, że to sukces. W końcu ktoś musi wyjaśnić narodowi, dlaczego król stoi w kolejce po hot-doga, kiedy inni dzielą mapy.

A w tle Kościół – nasz wieczny partner w produkcji strachu. Episkopat straszy edukacją zdrowotną, bo przecież wiedza o własnym ciele to prosta droga do piekła. Lepiej, żeby dzieci zamiast uczyć się o zdrowiu, dalej słuchały kazań wygłaszanych przez tych, którzy mają problem nawet z własną moralnością. Kościół i Nawrocki to duet idealny: jeden ogłupia w niedzielę, drugi przez cały tydzień.
I wreszcie limuzyna. BMW za dwa miliony, opancerzone jak serce ministra Czarnka na widok tęczowej flagi. Bo przecież prezydent nie może jeździć rowerem – choć z jego wyczuciem prawa jazdy do konstytucji, trójkołowiec byłby bardziej na miejscu. Cała Polska zastanawia się, kto kupił samochód, a Nawrocki pyta: „Ale to rowerem ma jeździć prezydent?”. Odpowiedź brzmi: tak, panie prezydencie. Rowerem, najlepiej na emigrację.
Na tym tle Donald Tusk wygląda jak jedyny rozsądny dorosły na szkolnej wycieczce do wesołego miasteczka. Próbuje pilnować dzieci, które rzucają się watą cukrową i wymiotują na karuzeli, ale przynajmniej wie, gdzie jest wyjście awaryjne. A Trzaskowski? Ten wiecznie zagubiony chłopiec, co chce być i nowoczesny, i konserwatywny, więc kończy z miną człowieka, który właśnie utopił rower w Wiśle.
Nawrocki rządzić chce Polską, choć jedyne, czym naprawdę rządzi, to własna pycha. A pycha, jak wiemy, kroczy przed upadkiem. W tym przypadku – w BMW serii 7, z Boguckim przy boku i z całym narodem w bagażniku.
I tu pojawia się pytanie: czy Polska naprawdę musi być zakładnikiem głupoty w wersji premium? Bo jeśli tak, to może lepiej zamknąć teatr i oddać klucze Tuskowi, zanim Nawrocki postanowi ogłosić się królem wszechświata. Choć w sumie… patrząc na jego otoczenie, wszechświat już dawno się od niego odciął.

Dodaj komentarz