



Podczas gdy w Quantico Donald Trump wysyłał okręty, brody i metafory, w Polsce trwała nie mniej efektowna parada politycznych przebierańców. Jeśli Trump jest prezydentem z uniwersum Marvela, to my mamy własną Ligę Antybohaterów: Nawrocki, Kaczyński i cały batalion tych, którzy chcą „ratować suwerenność” za pomocą kija baseballowego i kodeksu karnego.
Karol Nawrocki, aktualny prezydent RP, wygląda na człowieka, który pomylił IPN z Netfliksem i teraz usiłuje zrealizować serial pt. „Zemsta Ludowej Historii”. Zapowiedział nowelizację ustawy o IPN i kodeksu karnego, która będzie ścigać ludzi za niewłaściwą pamięć historyczną. Tak, bo w 2025 roku największym zagrożeniem dla Polski nie jest inflacja, nie jest wojna, nie jest zapaść demograficzna – to banda Bandery i internauci z kiepskim refleksem.
Kiedy polska dyplomacja przypomina już nie tyle szachownicę, co planszę do „Grzybobrania”, to fundowanie sobie kolejnego konfliktu z Ukrainą to mniej więcej tak, jakby zaprosić sąsiada na grilla, ale wcześniej podpalić mu altankę.
Tymczasem Jarosław Kaczyński nadal objeżdża Polskę jak wędrowny kaznodzieja z lat 50., głosząc ewangelię o końcu suwerenności i rewolucji obyczajowej. W Zielonej Górze znów straszył Zielonym Ładem, który – według niego – odbierze Polakom prawo do jedzenia schabowego, węglem i zakazem kopania piwnicy bez zgody Brukseli.
Kaczyński od lat mówi o nowym traktacie europejskim, który miałby „uratować” Unię. Niestety, nikt go nie widział. Nawet w dokumentach PiS. Legenda głosi, że projekt traktatu jest tak tajny, że nie zna go nawet autor. Ale to nic – grunt, że można wciąż mówić o zagrożeniu ze strony Unii tak, jakby to ona była odpowiedzialna za dziury w drogach, nauczycieli w depresji i cenach pomidorów w złocie.
I tu pojawia się pytanie: czy Polska naprawdę wierzy, że flirt z amerykańską skrajnością jest lepszy niż nudne, przewidywalne małżeństwo z Unią Europejską? Wydaje się, że tak – bo Trump obiecuje wszystko, nie żąda nic i wygląda jak postać z kreskówki, którą łatwo przetłumaczyć na język polityki krajowej. Unia? Wymaga, pyta, sprawdza. Trudna relacja. Nie do zniesienia.
W tym wszystkim – gdzieś z tyłu sceny – Szymon Hołownia pakuje walizki na wyjazd do ONZ, a Trybunał Konstytucyjny topniał szybciej niż lód na biegunach. Prokuratura Generalna chce postawić jego prezesa, Bogdana Święczkowskiego, przed sądem. Tak, tego samego Święczkowskiego, który jeszcze niedawno dzierżył Pegasusa niczym Frodo pierścień, a teraz ma tłumaczyć się z przekroczenia uprawnień i przetwarzania tajnych danych adwokackich jakby robił porządki w starym laptopie.
A jakby tego było mało – na scenę wchodzi Waldemar Żurek, nowy szef resortu sprawiedliwości, i z miną grabarza ogłasza: dość świętych krów. Ruszamy z odświęcaniem święczkowszczyzny. To prawie jak reforma sądownictwa, tylko z efektami specjalnymi i dymem z prokuratury.
Obok stoi Małgorzata Manowska, I prezes Sądu Najwyższego, której immunitet też zawisł na politycznym stryczku. Prokuratura chce ją pociągnąć do odpowiedzialności za „manipulowanie głosowaniami” i „niewykonywanie wyroków”. Gdyby Polska była sitcomem, to Manowska grałaby panią dyrektor, która zgubiła dziennik klasowy, spaliła regulamin szkoły i teraz udaje, że wszystko jest pod kontrolą.
A w cieniu tej sądowo-prokuratorskiej opery trwa renesans Romana Giertycha – weterana polskiej polityki, który odradza się jak Feniks z akt sprawy. Już nie tylko mecenas, nie tylko senator, ale żywa przypowieść o tym, że w Polsce zawsze można wrócić. Zwłaszcza jeśli ktoś wcześniej podsłuchiwał ci telefon. Pegasus w tym kraju ma bardziej rozbudowaną fabułę niż połowa telenowel latynoamerykańskich.
Dziś w Polsce polityka to nie jest już spór o idee. To walka o to, kto pierwszy wypowie słowo „suwerenność”, „Bandera” albo „Berlin” w kontekście spiskowym. Kto krzyknie głośniej, że Niemcy nas nienawidzą, że Bruksela nas kolonizuje i że bez węgla Polska zginie.
Ale nie zginie. Zginąć może jedynie zdrowy rozsądek. I on właśnie dziś został złożony w ofierze przed ołtarzem politycznej tandety.
Amen.

Dodaj komentarz