KOSINIAK I ZWIĄZKI STRATEGICZNE, CZYLI JAK PRZEGRAĆ WOJNĘ Z WŁASNĄ PRZESZŁOŚCIĄ

Warszawa

Niedziela wieczór, Polska pachnie śledziem, a politycy pachną desperacją. To idealna pora, by przyjrzeć się bohaterowi drugiego planu, który marzy o głównej roli, ale ciągle myli scenariusz. Mowa oczywiście o Władysławie Kosiniaku-Kamyszu, człowieku, który mógłby być liderem narodowej obronności, ale uparcie woli być zderzakiem koalicyjnych nadziei.

Bo kiedy Putin wali do drzwi z retoryką godną Rasputina na koksie, a Ukraina krwawi pod płaszczem unijnego kompromisu, szef MON z PSL-u uznał, że najwyższy czas zająć się… związkami partnerskimi. I nie, nie po to, żeby je wspierać. Raczej po to, żeby je otoczyć rocznym okresem próbnym, jakby chodziło o testowanie nowych opon zimowych.

To nie jest żart. To rzeczywistość.

KONSERWATYZM JAK ZE STRAGANU

Kosiniak-Kamysz zachowuje się jak sprzedawca ideologicznych buraków na rynku, który nie zauważył, że klienci już dawno przeszli na hummus. Upór w sprawie aborcji i związków partnerskich mógłby jeszcze jakoś się bronić, gdyby przynosił polityczne zyski. Ale PSL właśnie osiąga w sondażach poziom błędu statystycznego. 1,71 procent. Tyle to się zwykle sypie cukru do kawy, nie poparcia do Sejmu.

To trochę tak, jakby facet próbował poderwać dziewczynę, tłumacząc, że nie myje się z zasady. Konsekwencja jest, tylko rezultat mało apetyczny.

MON, CZYLI MINISTERSTWO O NIEMOCY

Minister obrony, który w czasie największego zagrożenia bezpieczeństwa od czasów Wojny O Zamek Królewski (czyli 1939), zajmuje się wprowadzaniem konserwatywnej kontroli jakości nad związkami dwóch facetów, ma mniej wyczucia niż kierowca TIR-a na rondzie.

A przecież mógłby błyszczeć. Mógłby robić to, czego ludzie potrzebują — wzmacniać armię, szkolić cywili, budować realną obronność. Mówią Ukraińcy. Mówią nawet ludzie w sklepie (a oni naprawdę rzadko chwalą kogokolwiek).

Ale nie, Kosiniak postanowił, że zamiast być mężem stanu, będzie konserwatywnym komiwojażerem z Pakietem Wartości Tradycyjnych. Co z tego, że nikt już ich nie chce kupować? On je i tak rozkłada na stoisku.

NAWROCKI, CZYLI BURZYCIEL ZABYTKÓW

W tym samym czasie Karol Nawrocki rozbiera Okrągły Stół jakby był starym meblem z PRL-u, w którym chowano komunistyczne grzechy. Jest w tym coś groteskowego — jakby ktoś rozbierał Wieżę Eiffla, bo nie pasuje mu do panoramy Paryża.

Zostaje po tym tylko stajenka. Czyli symbol zastępuje historię, emocje zastępują pamięć, a polityka zastępuje myślenie.

Nawrocki to Frankenstein Kaczyńskiego, który uciekł z laboratorium i teraz chodzi po kraju z młotkiem do historii. Mówi dużo o końcu postkomunizmu, ale sam wygląda jak z rekonstrukcji bitwy pod Ostrówkiem 1920. Brakuje mu tylko szabli i kapelusza z piórem.

UKRAINA, KTÓRA DZIĘKUJE, ALE I TAK MUSI SIĘ TŁUMACZYĆ

W tle dzieją się rzeczy naprawdę istotne. Zełenski przyjeżdża do Warszawy i mówi grzecznie: „Dziękujemy”. Ale w Polsce, gdzie żal o brak podziękowań jest większy niż o brak realnej polityki wschodniej, to za mało. Nawrocki i Tusk prześcigają się w sygnalizowaniu „nastrojów społecznych”, czyli własnych kompleksów.

Uchodźcy? „Ciężar”. Wsparcie militarne? „Za mało wdzięczności”. A przecież Ukraina broni także nas. I robi to skuteczniej niż niejedna kampania informacyjna MON-u.

ZAKON PRACY, CZYLI ŚWIĘTY INTERES DLA NIEŚWIĘTYCH

W osobnym akcie polityczno-religijnej groteski poznajemy historię, która pachnie jak scenariusz odrzucony przez Netflix za zbytni absurd. Asystent wiceministra PiS postanowił założyć… zakon. Nie, nie dla zbawienia dusz, tylko dla zatrudniania cudzoziemców. Tak, naprawdę.

Zakon Najświętszej Maryi Panny (brzmi znajomo? jak z PR-owego podręcznika Krzyżaków) miał być wehikułem do omijania przepisów i zatrudniania imigrantów bez właściwych pozwoleń. Podpisywano z nimi „śluby posłuszeństwa”, a oni sądzili, że to po prostu „taki kraj, taka tradycja”. Mateo z Kolumbii mówił, że się zdziwił, ale „chciał po prostu zacząć pracę”.

Tu nawet nie trzeba metafory. Polska w 2025 roku to kraj, gdzie konserwatywni politycy krzyczą o obronie wartości chrześcijańskich, jednocześnie przekształcając religię w mechanizm do wyzysku.

JESZCZE JEDNA NIEDZIELA W RZECZYPOSPOLITEJ TEATRALNEJ

W kraju, gdzie nawet asystent wiceministra zakłada zakon, żeby zatrudniać ludzi na czarno, a konfederaci są trzecią siłą polityczną, naprawdę nie potrzeba nam kolejnych konserwatywnych eksperymentów z prawem cywilnym. Potrzeba nam liderów, którzy rozumieją, że wojna to nie tylko czołgi i sojusze, ale też społeczeństwo, które musi chcieć się bronić.

A społeczeństwo broni się lepiej, kiedy nie czuje się wykluczane, kiedy państwo nie traktuje go jak podejrzanego na wstępnym okresie próbnym.

PUENTA ZE ŚWIECĄ I KARPIEM

Władysławie, drogi Władysławie — jeśli chcesz, żeby ktoś Cię jeszcze pamiętał po następnych wyborach, może czas odłożyć kombatancki kodeks moralny na półkę. Przyszłość nie będzie się pytać o Twoje zdanie na temat związków jednopłciowych. Przyszłość zapyta: co zrobiłeś, kiedy trzeba było przygotować Polskę na najgorsze?

Bo wiesz, Putin nie dzwoni do partnerów cywilnych z pytaniem, czy są po ślubie. On po prostu wchodzi drzwiami.

A Ty w tym czasie stoisz na werandzie i krzyczysz, że nie dasz im meldunku.

Wesołej niedzieli, Polsko. Przed nami jeszcze wiele wieczorów z farsą w MON-ie.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights