KONSTYTUCJA DLA OPORNYCH, CZYLI NAWROCKI W ROLI SUPERPREMIERA A TUSK NA FITNESIE POLITYCZNYM

Warszawa

Rada Gabinetowa – dla większości prezydentów była niczym rodzinna porcelana: niby się ma, ale wyciąga tylko od święta, najlepiej jak przyjeżdżają ważni goście. Kwaśniewski czekał trzy lata, Komorowski prawie rok, a Duda pięć lat – no bo po co się spieszyć, skoro i tak można w tym czasie wycinać wątpliwe prawnicze fikołki? Nawrocki natomiast, świeżo po zaprzysiężeniu, wbiegł na scenę polityczną z energią świeżo upieczonego absolwenta AWF-u i już po trzech tygodniach zwołał Radę. To prawdziwy rekord – ktoś mógłby pomyśleć, że chłopak się spieszy, bo mu prąd w pałacu zaraz odetną.

Tyle że zamiast majestatu głowy państwa, mieliśmy raczej pokaz pierwszego w życiu stand-upu politycznego. Nawrocki wystąpił w roli młodego nauczyciela WF-u, który trafił na radę pedagogiczną z profesorem filozofii (Tuskiem) i próbuje mu wytłumaczyć, że „tak po męsku” to trzeba się pompować, a nie dyskutować o ideach. Donald Tusk, jak przystało na starego wyjadacza, przyjął to z uśmiechem cierpliwej nauczycielki, która pozwala klasowemu łobuzowi pomachać muskułami, zanim zada pytanie z tabliczki mnożenia.

Karol Nawrocki najwyraźniej uwierzył, że Rada Gabinetowa to nie konstytucyjny instrument, lecz casting do roli „Superpremiera”. Starał się więc prężyć jak kulturysta na plaży w Mielnie – niby imponująco, ale każdy widzi, że biceps napompowany jest powietrzem, a nie siłą. A gdy zaczął mówić, że będzie realizował wszystkie obietnice kampanijne, brzmiało to jak przysięga nastolatka, który po pierwszej w życiu siłowni obiecuje sobie, że już nigdy nie zje chipsów.

Problem w tym, że zamiast strofować Tuska, Nawrocki go obudził. Premier, który w ostatnich miesiącach wyglądał jak dziadek drzemiący po niedzielnym rosole, nagle poczuł zapach politycznej krwi. Błysk w oku, cięte riposty, chłód profesora egzaminującego delikwenta z pierwszego roku historii – i oto Tusk wrócił w formie. Można powiedzieć, że to nie Rada Gabinetowa, lecz terapia szokowa dla Donalda. Zamiast musztrowania – darmowy fitness intelektualny.

A Nawrocki? Cóż, na razie robi wrażenie młodego aktora, który z przejęciem odgrywa rolę Hamleta, ale zapomina, że w ręku trzyma plastikowy miecz z Ikei. Owszem, mówi „po męsku”, grozi wetem i mruga okiem do Konfederacji, ale w starciu z Tuskiem wygląda jak harcerz, który chciał poprowadzić defiladę, a skończył salutując sam sobie w lustrze.

Do tego dochodzi jeszcze jego entourage – zwany przez ministra Klimczaka „toksycznym towarzystwem”. Faktycznie, wygląda to jak sztab doradców od promocji w dyskoncie: każdy ma pomysł, jak przyciągnąć uwagę, nikt nie ma planu, co zrobić dalej. Efekt? Prezydent, który każe ministrom przedstawiać się jak na szkolnej akademii, a potem z powagą przytakuje własnym adiutantom. Cyrk? Kabaret? A może reality show? Trudno powiedzieć, ale jedno jest pewne: oglądalność rośnie.

Jeśli więc coś naprawdę przyniosła ta Rada Gabinetowa, to nie wzrost prestiżu Karola Nawrockiego, ale renesans Donalda Tuska. „Dziadek” Tusk znów jest w grze, a prezydent – cóż, dalej szuka instrukcji obsługi do konstytucji. I miejmy nadzieję, że zanim znajdzie, ktoś mu przynajmniej wytłumaczy różnicę między teatrem politycznym a kabaretem. Bo na razie wygląda, jakby chciał zostać dyrektorem cyrku, w którym sam jest głównym klaunem.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights