




Gdyby Karol Nawrocki mógł rzucać weta tak, jak dzieci rzucają kamieniami do jeziora, mielibyśmy już tsunami. Prezydent z powołania, ale nie z wyboru, postanowił kolejny raz pokazać, że funkcja to jedno, a kompetencje to inny rozdział tej samej książki, której nikt nie czyta.
Dziś Sejm pochyla się nad odrzuceniem jego weta do tzw. ustawy łańcuchowej, która miała zwiększyć ochronę zwierząt i ograniczyć patologie hodowlane. Ale przecież tu nie chodzi o psy, koty ani nawet krowy przyciągnięte na protest pod Sejm. Tu chodzi o polityczne instynkty: PiS rzuca się na weto nie z braku miłości do zwierząt, ale z nienawiści do Donalda Tuska. Głosowanie w sprawie zwierząt to dla nich bitwa o prymitywną symbolikę. Bo jeśli Tusk wygra, to nie będzie to tylko ustawa. To będzie upokorzenie.
PiS, mimo rozkładu wewnętrznego, walczy o to weto jak o ostatnie kąski politycznej padliny. Mobilizują się jak na narodowe powstanie: zmiany lotów, posłowie wydzwaniani o świcie, błagalne SMS-y z centrali, która jeszcze do niedawna służyła jako kotłownia, a teraz robi za centrum decyzyjne.
A cały ten opór opiera się na fundamencie intelektualnym, który da się streścić jednym zdaniem: „Bo Tusk”. Nie „bo weto”, nie „bo kontrowersje”, tylko: „bo Tusk nie może mieć racji”. To polityka redukowana do dziecięcej logiki obrażonego przedszkolaka, który pluje do zupy, bo ugotowała ją pani, której nie lubi.
Tymczasem obywatele, ci sami, którzy jeszcze niedawno stali z flagami pod komisariatem w obronie Konstytucji, teraz patrzą na parlament jak na reality show: „Kto z kim? Kto kogo? Kto przegra głosowanie i trafi na mema?”. Nawrocki, ten jakby-dębowy prezydent z promocji, stara się przekonać, że to wszystko to przecież odpowiedzialność i majestat państwa. Ale większość kraju widzi, że to raczej kabaret. I to ten z czwartego sezonu, kiedy scenarzyści są już zmęczeni, a aktorzy grają dla przetrwania.
W tle tego wszystkiego wraca jak bumerang Orlen, czyli wielka niekończąca się saga o tym, jak łączyć patologię z biznesem, a wszystko to przykryć flagą narodową. Obajtek, zegarki, pseudonimy, inwestycje za setki milionów, kontrole, konflikty interesów i przetargi rodem z reality show o mafii paliwowej. A wszystko to opakowane w patriotyczne slogany jak kiełbasa wyborcza z przeceny.
A jakby tego wszystkiego było mało, na horyzoncie pojawił się jeszcze jeden zwiastun upadku powagi debaty publicznej: Grzegorz Braun wskoczył na podium w najnowszym sondażu zaufania politycznego. Tak, ten Braun. Od gaśnic, antyszczepionek i głoszenia, że Ziemia to płaska scena dla spisków.
To nie jest żart. To jest rzeczywistość, w której skompromitowani politycy krzyczą o zamachu na suwerenność, wetują ustawy o zwierzętach i patrzą z zazdrością na Brauna, któremu wystarczy zdjąć maseczkę komuś z Sanepidu, by zyskać serca części wyborców. Konfederacja Korony Polskiej po raz pierwszy prześcignęła klasyczną Konfederację w sondażach. Braun z wynikiem 11,2 proc. śni dziś sen o potędze, a Bosak z Mentzenem mogą co najwyżej śnić o powrocie do dwóch cyfr. To już nie tylko bunt – to prawicowa wojna domowa o serca radykalnych memiarzy.
Na tym wszystkim jak klosz dymny osiada informacja, która jeszcze kilka lat temu zburzyłaby mury każdej redakcji: Antoni Macierewicz – były minister obrony, ojciec chrzestny smoleńskiej obsesji narodowej – został oficjalnie oskarżony przez Prokuraturę Krajową o ujawnienie tajnych informacji.
Ujawniał informacje ściśle tajne, tajne, poufne, zastrzeżone – słowem, wszystko, co powinno zostać w szafie pancernie zamkniętej. Robił to jako przewodniczący słynnej Podkomisji do Ponownego Badania Wypadku Lotniczego. Czyli tej, która przez lata nie ustaliła niczego poza tym, że Tupolew był zły, a brzoza jeszcze gorsza. Teraz może mu grozić do 5 lat więzienia. Oczywiście – nie przyznaje się. Oczywiście – odmówił składania wyjaśnień. Oczywiście – PiS nabiera wody w usta jak po lodzie smoleńskim.
Czy weto Nawrockiego zostanie utrzymane? To zależy, czy w PiS znajdzie się jeszcze ktoś, kto wie, po co w ogóle jest w Sejmie, poza robieniem selfie i kombinowaniem, czy już można przeskoczyć do Suwerennej Polski albo gdzieś, gdzie jeszcze dają etaty.
Jedno jest pewno: polska polityka znów nie zawiodła. Nadal jest groteskowa, nadal jest przewidywalna, i nadal przypomina teatr kukiełek, w którym sznurki ciągną emocje, a nie rozum.
Ale hej. Przynajmniej psy będą miały o czym szczekać.

Dodaj komentarz