KOALICJA CHĘTNYCH, CZYLI KTO Z KIM I DLACZEGO BEZ NAS

Warszawa

Donald Tusk dziś przed południem zasiadł do zdalnego stołu obrad „koalicji chętnych”. Brzmi poważnie, ale w praktyce to Zoom klasy premium, gdzie premierzy i prezydenci zamiast ustawiać wirtualne tła, ustawiają nowy porządek bezpieczeństwa w Europie. Tusk po spotkaniu napisał na X, że wszyscy – od Kanady po Nową Zelandię – potwierdzili wolę dalszego wspierania Ukrainy. Krótko mówiąc: jedni oferują pieniądze, inni technologię, ktoś żołnierzy, a ktoś… dobre słowo.

To jednak tylko druga część widowiska. Pierwsza rozegrała się w Białym Domu, gdzie Wołodymyr Zełenski z Donaldem Trumpem odegrali duet gospodarzy, a w rolach drugoplanowych wystąpili Macron, von der Leyen, Merz, Meloni, Starmer i Rutte. Polska – uwaga – nie wystąpiła. Ani w pierwszym akcie, ani nawet jako statysta w tle. I tu zaczęło się swojskie przerzucanie się winą: kto nie zgłosił, kto nie zadzwonił, kto nie chciał, a kto się obraził.

Były szef MSZ Jacek Czaputowicz z rozbrajającą szczerością stwierdził, że „nikt nas tam nie chciał”. Obozowi prezydenckiemu z kolei wyszło z rachunku, że to Tusk i Sikorski są niemile widziani w amerykańskiej administracji. Efekt końcowy? Polska wygląda jak widz pod drzwiami teatru, który tłumaczy przechodniom, że i tak nie chciał oglądać przedstawienia, bo zna fabułę z przecieków.

Tymczasem fabuła jest gęsta. Zełenski przyjechał z ofertą dla Trumpa – prawie 100 miliardów dolarów na zakup amerykańskiej broni w zamian za gwarancje bezpieczeństwa. To nie jest handel wymienny w stylu „jabłka za węgiel”, tylko realna próba budowania nowej architektury wojskowej bez udziału NATO, ale na wzór NATO. Macron ogłasza, że najbliższe dwa tygodnie będą decydujące, Starmer mówi o „przełomie”, a Rosjanie – jakby chcieli przypomnieć, że tu nie chodzi o protokoły dyplomatyczne – w nocy wysyłają w stronę Ukrainy 270 dronów i rakiety.

Wniosek jest prosty: „koalicja chętnych” przestaje być luźnym klubem dyskusyjnym i zaczyna przypominać zalążek nowego systemu bezpieczeństwa. Tyle że my w tej układance nie występujemy jako autorzy scenariusza, tylko jako recenzenci zza kulis.

Problem w tym, że w polityce międzynarodowej nie wystarczy pisać ostre recenzje – trzeba grać na scenie. A tu wygląda na to, że Polska właśnie przespała casting.

Bo nieobecni zawsze mają rację… ale obecni podpisują kontrakty.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights