


Jarosław Kaczyński znów wywlókł się z politycznego bunkra, by dokonać swojego comiesięcznego rytuału — składania wieńca pod pomnikiem smoleńskim. Dla niepoznaki wziął ze sobą orszak pretorianów, modlitwę i mikrofon, bo przecież nie ma to jak liturgia z elementami teatru grozy. Problem w tym, że i tym razem widownia nie chciała słuchać.
W tle nie grano Chopina, nie leciał Mazurek Dąbrowskiego, nie niósł się dźwięk fletu pastoralnego. Niósł się okrzyk: „KŁAMCA, KŁAMCA!” — niczym refren nowej, ludowej pieśni niezgody. I trudno się dziwić: kiedy człowiek przez lata funduje narodowi smoleński teatr absurdu, z kulisami pełnymi puszek po parówkach, plastikowych brzóz i filmów animowanych, to publika może w końcu rzucić pomidorem.
Kaczyński, niczym urażony mesjasz z Żoliborza, grzmiał na mikrofonie o „bezczelnym zakłócaniu”, policji, co nie reaguje (co za bezczelność — państwo prawa, które nie tłumi oponentów pałkami!). I o „putinowskiej agenturze”, która najwyraźniej zakradła się pod pomnik i krzyczy mu do ucha. Jeśli wierzyć prezesowi, to pod tym pomnikiem zebrał się dziś cały zły świat: lewacy, agenci, wichrzyciele i być może nawet Tusk przebrany za zakonnicę.
Nie był sam. Towarzyszył mu orszak żałobników politycznego upadku: Antoni Macierewicz z wzrokiem jakby właśnie widział ducha z brzozy, Mariusz Błaszczak, czyli człowiek o osobowości taśmy klejącej, Anna Fotyga – wieczna ministerka od złych wiadomości, Marek Suski – dumny prowincjusz z marszu niepodległości, i Zbigniew Kuźmiuk – żywy dowód, że Excel może mieć twarz. Słowem: drużyna pierścienia, tylko zamiast misji – obsesja, a zamiast Gandalfa – człowiek w kaszkiecie z pomysłem na wojnę domową.
I wtedy padły te słowa, które brzmiały jak reżimowe zaklęcie: „PRZYJDZIE CZAS, KIEDY ONI ZNIKNĄ Z NASZEGO KRAJU NA ZAWSZE”. Tak mówi człowiek, który wyraźnie pomylił Trybunę Ludu z mównicą demokratyczną. To nie był polityk — to była babcia klozetowa dyktatury, co to jeszcze chce pobrać złotówkę za korzystanie z toalety, choć już dawno zdjęto drzwi z zawiasów.
Mówił dalej, coraz bardziej rozpalony własnym gniewem jak piecyk gazowy w kawalerce: „Polskie, patriotyczne sądy ukarzą tych zbrodniarzy. Dziś się śmieją, ale przyjdzie czas, kiedy przestaną!”. Cóż za wizja – kraj, w którym śmiech ma być karalny. Orwell przewraca się w grobie tak szybko, że dałoby się go podłączyć do elektrowni wiatrowej.
A na deser: Kaczyński musiał opuścić swój dom, bo sąsiad remontuje. I to jest najpiękniejsze. Symboliczne. Nawet Żoliborz chce się od niego odgrodzić. Remont jako akt oporu. Ściany mówią: dosyć. Kiedyś jego spokoju strzegły tabuny radiowozów, żelazny kordon funkcjonariuszy i sąsiedzki strach. Dziś — musiał wyprowadzić się do kuzyna. To nie żart. Polityczny półbóg Żoliborza, król schodów i powieści alternatywnej historii, musiał ustąpić przed wiertarką z Castoramy.
Kuzyn, Jan Maria Tomaszewski, znany głównie z tego, że jest kuzynem, przygarnął nie tylko Jarosława, ale też jego nieodłącznego kota – jedynego kompana, który nigdy go nie zdradził (i zapewne jedynego, który go jeszcze słucha). Na marginesie: Przemysław Czarnek, ten od „winy Zachodu” i „seksualizacji dzieci przez edukację”, zaoferował dach nad głową. Niestety, nawet Kaczyński zna granice absurdu. Odmówił.
Zamieszkał więc w miejscu, gdzie nie słychać już krzyków tłumu, tylko chrapanie historii i głośne zgrzytanie zegara, który nieubłaganie odmierza polityczną emeryturę. Tam, w wygodnym kąciku, może jeszcze pomarzyć, że Polska go potrzebuje. Tymczasem Polska stoi pod pomnikiem i krzyczy: „KŁAMCA!”
To już nie jest miesięcznica. To comiesięczna przypowieść o upadku. I o tym, jak długo można żyć w micie, zanim ludzie zaczną ci to wykrzykiwać w twarz.

Dodaj komentarz