
Jeśli myślałeś, że polska polityka osiągnęła dno, to mam dla ciebie złą wiadomość: koparki ruszyły. A zamiast łopat, użyli kieliszków wyrzeźbionych w lodzie i rosyjskiej wódki z promocji na zdradę stulecia. Kongres Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna, szumnie nazwany „KINGS”, to nie wydarzenie polityczne. To rytuał przejścia dla tych, którzy porzucili rozum w okolicach 2015 roku i od tamtej pory biegają po Polsce z foliową czapką na głowie i portretem Putina pod pachą.
Na scenie pojawił się przeklęty panteon narodowego wstydu: zwiędzły bukiet skrajnej prawicy, niedomyta elita teorii spiskowych i zawodowi przechodnie z PiS-u do czegoś jeszcze gorszego. Braun, facet, który potrafi w jednym zdaniu bronić wolności słowa i negować Holocaust, zgromadził wokół siebie wszystko, co kompromituje polski intelektualizm: od pseudonaukowców po putinofilów w kontuszach.
Sędzia Piotr Schab, żeby nie było wątpliwości, że wymiar sprawiedliwości w Polsce to kabaret bez biletów, uczestniczy w politycznym sabacie. Generał Samol, emerytowany urząd wojskowy z przylepionym logotypem PiS-u, znów wstaje z kolan, by paść na kolana przed Braunem. Monika Jaruzelska, czyli medialna wydmuszka PRL-u, zaprasza do swojego show ludzi, którym nawet rosyjski ambasador kazałby przystopować.
A Ordo Iuris? Oni pojawiają się wszędzie, gdzie pachnie kontrolą, represją i fundamentalizmem. Są jak grzyb po deszczu, tylko bardziej toksyczni. Ich udział to sygnał: zaczęli już spółkę z Konfederacją, teraz tylko czekajmy na wspólną krucjatę przeciw szczepionkom, wolnym wyborom i kobietom.
Ireneusz Jabłoński, samozwańczy filozof wielkiego resetu, urządza teraz strategiczne debaty z ochroniarzem Putina. Ozdyk, ten od leningradzkich nocy i kieliszków z lodu, to chodząca metafora tego kongresu: zimny, płytki, wyprodukowany na eksport. I oczywiście pojawia się Robert Gwiazdowski, libertariańska dekoracja, który się jeszcze nie zorientował, że jego think-tank został wciągnięty w brunatną spiralę.

Kaczyński? Straszy Unią jak dziadek w pociągu, co to „kiedyś to było” i „wszyscy teraz pedały”. Opowiada, że Polska duszona, że Berlin rąbie buraki i kontroluje pogodę. A tymczasem Putin odpala rakiety na Kijów. Sikorski odpowiada mu jak trzeba: elegancko, celnie, z przypomnieniem, kto klepnął Traktat Lizboński. Spoiler: brat.
W dodatku Kaczyński odpalił też retoryczną bombę z napisem „Braun i Mentzen”. O Braunie powiedział jasno: „O żadnych sojuszach z Braunem nie ma mowy” – bo według prezesa PiS, „głosując na Brauna, głosujesz na Tuska i Putina”. To ciekawe, bo z Putinem PiS flirtowało gospodarczo przez dobre 15 lat, ale cóż – teraz każdy wróg Kaczyńskiego to ruski agent, a każdy sojusznik to patriota na etacie. Stwierdził też, że działalność Brauna to kompromitacja Polski i przeszkoda w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi. Czyli Grzegorz „Tlen dla Auschwitz” Braun dostał ostateczny cios – od swojego duchowego ojca.
A Mentzen? Kaczyński postanowił mu dołożyć po darwinowsku. „Mentzen głosi darwinizm społeczny” – oznajmił – i w jego wizji edukacja i służba zdrowia mają być płatne. Prezes ocenił, że realizacja tego programu „rozsypałaby Polskę”. Z Bosakiem można jeszcze, rzekomo, rozmawiać. Ale Mentzen? Za młody, za zuchwały, za bardzo pachnie TikTokiem i piwem bez akcyzy.
I gdzie w tym wszystkim Mentzen? Otóż Mentzen to Janusz Korwin-Mikke, tylko z fryzurą, TikTokiem i zamiłowaniem do deregulacji prawa drogowego. Poprosił wyborców o program, a ci napisali mu pamflet na rozum. Legalizacja grzybków, marihuany, zniesienie pierwszeństwa dla pieszych i prawo do strzelania z dubeltówki w obronie paczki czipsów. Witamy w Polsce Mentzena: kraju, gdzie prawo to przeszkoda w zabawie, a bezpieczeństwo to kwestia osobistej interpretacji.
I tak oto mamy komplet: Braun z lunatykami, Mentzen z libertariańskim lunaparkiem i Kaczyński, który myli Putina z Tuskiem. To nie jest satyra. To jest rzeczywistość, która śmierdzi tanim populizmem, rosyjskim lobby i intelektualnym rozkładem.
Na szczęście są jeszcze Tusk, Sikorski, Żurek i kilku ludzi, którym nie trzeba przypominać, że Polska jest w Europie, a nie w strefie wpływów GRU. Ale bądźmy szczerzy: łatwiej się wstydzić, niż to wszystko odwrócić.
Do zobaczenia na kongresie. Przynieście zimne okłady, ale nie dla siebie, dla demokracji.

Dodaj komentarz