
Bywały w Belwederze narady wojenne, bywały dramaty historii, bywały chwile, gdy ważyły się losy państwa. Aż wreszcie nadszedł dzień, w którym państwo polskie – zmęczone konstytucją, prawem i elementarnym wstydem – zamieniło się w antykwariat z funkcją kasy fiskalnej. Wieczorek autorski. Z autorem o sobie. I z prezydentem, który robi za konferansjera.
Scena jak z kabaretu, tylko bez puenty i z ochroną SOP. Urzędujący prezydent, zamiast pilnować spraw państwa, pilotuje sprzedaż książki poprzednika. Dwie głowy państwa, jedna kasa, zero wstydu. Belweder – niegdyś salon Rzeczypospolitej – stał się stoiskiem promocyjnym, gdzie historia robi za zakładkę, a powaga za papier ozdobny.
Autor – dawny lokator Pałacu – opowiadał o sobie z czułością godną autobiograficznego narcyza. O tym, jak to było ciężko, jak odpowiedzialnie, jak samotnie na szczycie. O rozmowach z możnymi tego świata (zawsze on w centrum kadru), o decyzjach dziejowych (zawsze on przy stole), o wizji Polski (zawsze on w roli wizjonera). Państwo jako tło do portretu własnego ego – format 640 stron, twarda oprawa, cena jak za sumienie.
Nowy prezydent kiwał głową z nabożnością ministranta, który właśnie dostał kropidło i myśli, że to insygnium władzy. Zachwyt w oczach, uśmiech jak z folderu „Państwo z kartonu – edycja kolekcjonerska”, słowa-lepki: że „ważne”, że „dzieło”, że „trzeba czytać”. Prezydent RP w roli aktywnego blurba, żywej naklejki „polecam”, politycznego sprzedawcy garnków, który z powagi urzędu zrobił reklamę kontekstową.
Gdyby mógł, dopisałby na okładce: „Czytałem. Wzruszyłem się. Zrozumiałem. Podpisałem. Prezydent RP”. Bo oto mamy głowę państwa, która zamiast strażnika konstytucji woli być hostessą własnego obozu, zamiast arbitra – klakierem, zamiast symbolu – maskotką dawnej władzy. Państwo polskie jako rekomendacja marketingowa, a prezydent jako człowiek–baner – oto nowa jakość ustrojowa, w wersji groteskowej.
A publiczność? Starannie dobrana. Media – tylko do zdjęć, bez pytań, bo jeszcze ktoś zapytałby o to, dlaczego urząd prezydenta robi za agencję reklamową, a Belweder za studio „Kanału Zero”. Tak, to wszystko było transmitowane, bo skoro już państwo stało się planem zdjęciowym, to grzechem byłoby nie puścić sygnału w eter.
Panowie zasiedli ramię w ramię niczym prowadzący poranny magazyn dla elektoratu stęsknionego za wzruszeniem. Rozmowa była „otwarta”, czyli zamknięta na myślenie krytyczne. Były wspomnienia pierwszego spotkania, było wzajemne cmokanie w mankiety, była też ta nuta podniosłej tromtadracji: „przywracanie godności Rzeczypospolitej”, „budowanie potencjału”, „ciągłość idei”. Polska w tej opowieści była jak tapeta – zawsze w tle, nigdy w centrum.
Padły wyznania niemal intymne. Były prezydent tłumaczył, jak to w tajemnicy postanowił wesprzeć następcę na wiecu, bo media – o zgrozo – śmiały sugerować, że wsparcia nie ma. Zrobił więc polityczny coming out, gest dramatyczny, niemal bohaterski: „musiałem przeciąć spekulacje”. Jakby ratował ojczyznę, a nie własne środowisko przed lekkim dysonansem.
Nowy prezydent słuchał z przejęciem, potwierdzając, że nigdy nie miał wątpliwości, że wsparcie było „wielkie”, „życzliwe” i niemal wszechobecne – nawet jeśli w samej Kancelarii emocje były, jak to ujął, „skomplikowane”. To piękne słowo: skomplikowane. Tak władza mówi, gdy nie chce powiedzieć „toksyczne”, „dworskie” albo „pełne noży w plecach”.
Słowa padały podniosłe. O ciągłości. O szacunku. O dorobku. O Polsce. Tyle że ciągłość dotyczyła raczej ciągłości interesu, szacunek – własnej legendy, dorobek – konta bankowego, a Polska pełniła rolę dekoracji, jak sztuczna palma w holu.
Nie było jeszcze w III RP takiego numeru: czynny prezydent pomaga poprzednikowi zarobić na chleb. A właściwie na chałkę z kruszonką. Państwo stało się cateringiem dla próżności. Belweder – food truckiem ambicji. Konstytucja? Zawinęła się w papier pakowy.
To nie był wieczór autorski. To był wieczór wzajemnej adoracji, seans lizania się po klapach, konkurs na najpiękniejsze wspomnienie o sobie samym. Jeden mówił: „jak było potężnie”, drugi potakiwał: „jak było wspaniale”. Jeden sprzedawał własną legendę, drugi ją autoryzował pieczęcią urzędu. Stand-up bez żartu, nabożeństwo bez Boga, powaga bez sensu.
Dwóch panów, jeden urząd, jedna książka i jeden wielki problem: co zrobić z państwem, kiedy już nie daje lajków, a ego domaga się dalszej ekspozycji.
A morał? Prosty jak dedykacja na pierwszej stronie: kiedy polityka kończy się kadencją, zaczyna się handel wspomnieniami. I tylko szkoda, że rachunek wystawiono Rzeczypospolitej.

Dodaj komentarz