
To niedzielny wieczór. Taki, w którym kończy się magia, a zaczyna metafizyka. Jeszcze tylko parę uścisków, jeszcze jedna bajka, jeszcze klocki pod nogami, łóżeczko do zaścielenia, jeszcze jeden wieczór w blasku dziecięcych głosów — zanim poniedziałek zabierze je samolotem do Toronto, a mnie zostawi z ciszą, która nie przypomina spokoju, tylko początek czegoś gorszego: kolejnego politycznego roku w Polsce.
I co zostaje, kiedy milkną dzieci, a choinka wygląda jak relikt kampanii wyborczej? Karol Nawrocki.
Prezydent RP. Człowiek, który patrzy na Okrągły Stół jak na mebel z IKEI, który trzeba wywalić, bo nie pasuje do nowej estetyki narodowo-symfonicznej. Człowiek, który zafundował nam politykę, w której gest znaczy więcej niż prawo, a symbol więcej niż interes narodowy. W czasie, gdy rodzice żegnają swoje dzieci, Nawrocki żegna kompromis. Wywozi meble z Pałacu, żeby pokazać, że postkomunizm właśnie zniknął. Magiczny transport – zamiast ustawy, zamiast procedur, zamiast sensu.
I niestety, działa. Ludzie to kupują. Prezydent, który nie wetuje byle czego, tylko wszystko jak leci, który nie rozmawia, tylko przemawia i krzyczy — ten człowiek zyskuje zaufanie, bo jego polityka nie musi być skuteczna, wystarczy że jest emocjonalna. Ludzie nie chcą polityki — chcą narracji. I Nawrocki daje im teatr. Teatr dla sfrustrowanych. Dla tych, którym już nic się nie należy, ale przynajmniej chcą się obrazić.
W tym teatrze epizody grają Braun, Mentzen i inni aktorzy ze stajni świętego gniewu. Grzegorz Braun, który rośnie jak pleśń w wilgotnym mieszkaniu, zyskuje głosy nie dlatego, że coś zbudował — ale dlatego, że demolka jest tańsza niż remont. Jego partia wygląda jak zbiorowisko wyrzutków historii, ale ma strukturę. I co gorsza — pomysł. Odrzucić wszystko. Każdy kompromis, każde porozumienie, każdą europejską kotwicę.
Braun promuje mordercę z apartheidu, otacza się nacjonalistycznym planktonem, rozmywa granice między patriotyzmem a obsesją. A jednak jego popularność rośnie, bo nienawiść to dziś najłatwiejsza waluta w polityce. I kto jej nie używa, ten przegrywa.
Donald Tusk wie o tym aż za dobrze. Jego rząd to opowieść o człowieku, który walczy z ogniem za pomocą konewki. W sondażach wygrywa, w Sejmie dominuje, ale nad głową ma miecz złożony z prezydenckich wet, rosnącego radykalizmu i chwiejących się koalicjantów. Gdy Nawrocki rozgrywa swoją prywatną politykę zagraniczną, flirtując z Trumpem i patrząc na Ukrainę jak na sąsiada, który pożyczył cukier i nie oddał, Tusk robi, co może, by Polska pozostała częścią Europy — tej realnej, z instytucjami, zasadami, wsparciem i pieniędzmi.
Ale emocje nie są po jego stronie. Emocje są po stronie tych, którzy krzyczą, że wszystko jest zdradą, że Niemcy już jadą, że Ukraińcy kradną pracę, że Unia to nowy ZSRR, a LGBT to inwazja. Z takich składników Grzegorz Braun kleci swoją bombę. I pytanie nie brzmi, czy ona wybuchnie — ale gdzie i kiedy.
Zachód się miota. Trump znów chce być cesarzem, Zełenski jeździ po świecie jak poseł peregrynacyjny, a Putin — choć stoi po kolana w błocie — wciąż umie grać twarzą imperatora. Polska nie ma luksusu, by się w tym wszystkim zgubić. A jednak, zamiast współpracy pałaców, mamy chłodną wojnę między Nawrockim a Tuskiem. Jeden chce nowej konstytucji, drugi nowej stabilności. Jeden mówi do Brauna szeptem pełnym uznania, drugi musi codziennie tłumaczyć, że prawo wciąż obowiązuje.
I właśnie w ten wieczór, gdy dzieci śpią, a ja wiem, że rano nie będzie już ani klocków, ani śmiechu, ani bajek, tylko zimna cisza w pokoju i gorący bełkot w mediach, dociera do mnie coś jeszcze: że demokracja nie umiera w huku, tylko w zmęczeniu. Ludzie są zmęczeni. Chcą bajki. A jak nie ma bajki, to wybiorą horror z narratorem w sutannie.
Tusk musi być magikiem — i księgowym. Sikorski — generałem i poetą. A my, wyborcy — musimy przestać oczekiwać, że rzeczywistość ułoży się pod nasze algorytmy lęku. Bo jeśli tego nie zrobimy, to Grzegorz Braun — człowiek, który otacza się szaleńcami jak Putin generałami — naprawdę stanie się premierem.
A wtedy jedyną opowieścią, jaką zostanie opowiedzieć dzieciom, będzie ta o kraju, który w Wigilię jeszcze istniał, ale do Wielkanocy przestał mówić ludzkim językiem.
Taki mamy wieczór. Ostatni wieczór ze światłem w oczach dzieci. A za oknem nie słychać już kolęd. Słychać tylko nastroje społeczne.
I ktoś — może my wszyscy — będzie musiał to posprzątać.

Dodaj komentarz