KIEDY KRAJ ZAMIAST KONSTYTUCJI MA KAPRYSY PREZYDENTA

Warszawa

Gdyby George Orwell żył i miał dostęp do Twittera, najpewniej dostałby bana – za „mowę nienawiści” wobec aktualnego reżimu. A może sam pisałby przemówienia dla rzecznika ICE, w stylu: „Obywatel został zastrzelony zgodnie z procedurą, bo posiadał narzędzie destabilizacji porządku publicznego, czyli smartfona.” W Ameryce Trumpa Orwell już nie ostrzega – on prowadzi biuro prasowe.

Zamiast „Land of the Free”, mamy „Państwo Wolne od Prawdy”. A demokracja? Cóż, była. W czasach, kiedy prezydent nie uważał, że każde pytanie to atak osobisty, a każde śledztwo to zamach stanu.

Przemoc policyjna nie jest tu ekscesem. Jest scenariuszem. W Minneapolis agenci ICE pokazali, że służby federalne działają jak karne oddziały partii. Strzelają bez ostrzeżenia, potem kłamią bez rumieńca. Alex Pretti, pielęgniarz, trzymał w ręce telefon – więc według rzecznika Trumpa był „terrorystą”. Renée Good, matka trójki dzieci, została zastrzelona po krótkiej wymianie zdań – jej ciało jechało jeszcze samochodem, a agent już rzucał seksistowskim bluzgiem i odjeżdżał w stronę zachodzącego moralnie słońca.

Potem wchodzi narracja. Nie trzeba komisji śledczej, gdy ma się Twittera i J.D. Vance’a na podorędziu. „Renée to terrorystka, Alex planował masakrę.” Koniec śledztwa. A kto nie wierzy, ten powinien zainwestować w dobre okulary albo paszport.

Władza Trumpa działa jak dwór Ludwika XIV po zderzeniu z reality show. Przepych, kaprysy, bezkarność. Liczy się dostęp do prezydenckiego ego. Nie prawo, nie racja, nie urząd. Bliżej tronu = więcej kontraktów, immunitetów i selfie z córką cesarza. Kto pyta – wypada z obiegu. Kto potwierdza wersję wydarzeń – może nawet dostać grant.

W takim świecie kamera nie jest narzędziem kontroli. Jest rekwizytem. Rejestruje nie nadużycia, lecz spektakle siły. To nie błąd – to demonstracja. Masz widzieć, masz się bać, masz nie pytać. A jeśli mimo wszystko zapytasz – zawsze znajdzie się sposób, żebyś żałował.

Druga kadencja Trumpa to nie prezydentura. To przebudowa systemu. Z konstytucji zostaje tylko okładka, a treść pisze się codziennie od nowa – dekretami, tweetami i wstawkami z Fox News. ICE przestaje być służbą – staje się bojówką. Sąd Najwyższy – komitetem lojalności. Kongres? Przeszkodą do obejścia. Media? Są problemem, chyba że milczą.

I nie chodzi tu tylko o wewnętrzną tyranię. Na zewnątrz – pałka. Kto nie zapłaci haraczu za „ochronę” w Radzie Pokoju Trumpa, ten dostanie cła, sankcje albo pogróżki. Grenlandia? Kupimy. Maduro? Porwiemy. Iran? Zbombardujemy. Świat ma się kłaniać, bo prezydent USA ma kaprys. A jak się komuś nie podoba – niech spróbuje sam się obronić.

System Trumpa przypomina dwory znane z historii: Bizancjum, Wersal, Kreml. Instytucje formalnie działają, ale realna władza jest osobista, kapryśna i ukryta za kotarą złotych foteli. Jest rodzina. Są faworyci. Są służby, które wiedzą, komu służyć. A jeśli nie wiedzą – przestają być służbami.

W tym wszystkim pytanie „czy Trump jest faszystą?” staje się śmieszne. On nie potrzebuje ideologii. Potrzebuje mechanizmów. I ma je. Lojalność zamiast instytucji. Przemoc zamiast prawa. Opowieść zamiast faktów. Kto się nie dostosuje – wypada. Kto się boi – żyje. Kto się buntuje – ginie.

I dlatego warto mówić nie o ideologii, lecz o logice. Nie o tym, co Trump mówi, ale co robi. Bo jego system działa już bez niego. Jego ludzie, jego think tanki, jego fanatycy mają plan – 920 stron instrukcji, jak przejąć władzę, wyczyścić administrację, a potem ją zamienić w prywatną firmę. Z immunitetami, kontraktami i lojalnością jako walutą.

Tymczasem opozycja liczy procenty w sondażach i liczy, że „ludzie przejrzą na oczy”. Jakie oczy? Te, których jeszcze nie wyłupiły państwowe służby? A może te, które przestały patrzeć, bo ekran pokazuje już tylko jedną wersję wydarzeń?

Jeśli Ameryka się nie obudzi, to system Trumpa – dworski, przemocowy i pusty w środku – stanie się nowym standardem. A świat nie będzie już zadawał pytań. Tylko dostosuje się do reguł gry. Reguł, w których wygrywa nie ten, kto ma rację, ale ten, kto ma władzę. I władzę tę codziennie pokazuje – przez szyby, lufy i przemówienia o „zdrowym rozsądku”.

Prawda? Już nie istnieje. Fakty? Do negocjacji. Demokracja? Gra w teatrze jednego aktora. A my, widzowie – z popcornem w ręku – mamy tylko nadzieję, że scena się nie zawali, zanim zdążymy uciec.

Jeśli to nie jest faszyzm, to co nim jest?


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights