KIEDY BELWEDER STAJE SIĘ POCZEKALNIĄ

Warszawa

Polska, kraj magiczny. Tu nawet profesura jest jak gra w bierki — niby zasady znane, ale ostatecznie i tak decyduje ręka drżąca od uprzedzeń. Oto Karol Nawrocki — człowiek, który pomylił Pałac Prezydencki z gabinetem cenzora i wyciął z listy profesorskich nominacji jedno nazwisko. I to nie byle jakie, bo nazwisko Michała Bilewicza, socjologa, który od lat z lupą przy oku bada mroki polskich uprzedzeń. O ironio, właśnie to mu uniemożliwia stanie się profesorem w kraju, który swoje antysemickie resentymenty nosi jak ordery z czasów, gdy myślano, że ziemia jest płaska, a Braun mówi z sensem.

112 nominacji. Jedna nie. Niby przypadek, ale jak mawiają starzy politolodzy: przypadki są w medycynie. Tu mamy do czynienia z chirurgią polityczną w rękach felczera godności. Bilewicz dostał już pozytywny wyrok NSA — wyrok, dodajmy, wiążący. Ale co tam prawo, kiedy można sobie urządzić pokaz siły i pokazać, że są równi i równiejsi. Karol Nawrocki, człowiek, który dotąd był znany głównie z robienia z IPN-u komiksu historycznego dla narodowców, teraz rzeźbi w nauce według wzorców z Nowogrodzkiej.

Nie ma jednak w tym przypadku niczego, co powinno nas dziwić. Nawrocki przy okazji rozdawania tytułów profesorskich mówił o tym, by naukowcy nie ulegali „modom światopoglądowym”. To zabawne, bo jego własna kariera to właśnie owoc takiej mody – dokładnie tej, która każe ludziom bez dorobku naukowego, ale z dorobkiem retoryki narodowej, wynosić się na najwyższe szczeble. Oczywiście profesorowie mają być wolni. Ale wolni od takich badań jak te Bilewicza, bo przecież nikt nie chce, żeby społeczeństwo oglądało się w lustrze i widziało coś innego niż orła białego z kartonu.

Tymczasem ten sam Nawrocki, co to wolności akademickiej broni jak Czarnek ortografii, właśnie podpisał ustawę, która pozwala ZUS-owi zaglądać obywatelom do dokumentacji medycznej. Tak, tak — doktor może cię uzdrowić, ale urzędnik ZUS będzie musiał cię najpierw przeskanować pod kątem ideologii, lenistwa i ewentualnej obecności żydowskich korzeni, bo przecież ktoś może chorować niepatriotycznie.

ZUS dostaje nowe narzędzia kontroli, pielęgniarki zostają lekarzami orzecznikami, a L4 zamienia się w L0 — czyli zero prywatności. Mamy więc do czynienia z kolejnym etapem państwa nadzoru, gdzie obywatel jest podejrzany z definicji, a władza z łaski.

W tym samym czasie na ulicach Warszawy rozbrzmiewają echa przyjazdu Komisji Weneckiej. Ta szacowna instytucja, coś jak konstytucyjny SWAT team Europy, zjawia się tam, gdzie państwo prawa przechodzi zawrót głowy. Przyjechali, żeby zbadać stan reformy sądownictwa i ustawy autorstwa Waldemara Żurka. I dobrze, bo w Polsce reforma prawa przypomina raczej próbę leczenia nowotworu za pomocą maści na hemoroidy.

Żurek — ten sam, który jeszcze niedawno był sądowym gladiatorem na froncie walki z Ziobrystami, dziś jest ministrem i próbuje wyprowadzić sądy z chaosu, w jaki wpędzili je PiS-owcy, neosędziowie i dublerzy. Projekty ustaw, które przyjął rząd, zakładają m.in. unieważnienie nominacji przyznanych przez KRS po 2018 roku, czyli tych spod znaku krwawego długopisu Dudy. Zamiast sędziów z teczki, mamy mieć znowu sędziów z konkursu.

KRS ma być wybierana przez środowisko sędziowskie, a nie przez posłów od Kukiza, co już samo w sobie jest rewolucją większą niż zapowiedź Brauna, że nie będzie pluł na mikrofon. I co robi prezydent? Mówi: weto. Bo przecież neosędziowie to jego dzieci, a dzieci się nie wyrzeka. Nawet jak mają więcej za uszami niż prokuratura Ziobry.

I tu pojawia się Komisja Wenecka. Oni mają wydać opinię — czy ustawy Żurka trzymają się kupy, czy są jak konstytucja po Trybunale Przyłębskiej. Opozycja z PiS-u i ich dwie Konfederacje, jak zwykle, wrzeszczą, że to zamach na suwerenność. A przecież ta sama Komisja przyjeżdżała już wcześniej, także za PO, i jakoś nikt nie jęczał, że Merkel im dyktuje ustawy.

Reformy Żurka to próba posprzątania po prawno-politycznym tornado, jakie przeszedł wymiar sprawiedliwości. Ale żeby sprzątać, trzeba mieć odkurzacz, nie tylko miotłę. I trzeba, żeby prezydent przestał być hamulcowym, a zaczął być kierowcą. Nawrocki na razie trzyma rękę na hamulcu, ale nie wie, że jedzie z górki. Bo jego kadencja skończy się szybciej, niż ZUS zdąży odczytać komuś EKG z 2017 roku.

A jakby komuś było mało absurdów, to do gry wkroczył sam Jarosław Kaczyński. Wypalił z kolejną porcją absurdalnych oskarżeń pod adresem sędziów, opozycji i – niech będzie – rzeczywistości. Jego przemówienie brzmiało jak kompilacja komentarzy z forów internetowych dla fanów teorii spiskowych: trochę o zamachu, trochę o układzie, dużo o zdradzie i ani grama logiki. Mówiąc o „totalnym bezprawiu” w Polsce, prezes zdaje się zapominać, że to jego partia przez osiem lat traktowała Konstytucję jak instrukcję składania mebli z IKEI — wszystko da się zignorować, jeśli zostanie kilka śrubek i nikt nie zauważy.

To, co mówi Kaczyński, to nie jest już nawet polityka — to jest rytuał. Msza dla wiernych, którzy nie potrzebują faktów, tylko liturgii nienawiści. A jego słowa, powtarzane z sejmowej ambony, mają siłę nie argumentu, lecz zaklęcia. Zaklęcia, które mają przegnać rzeczywistość i przywołać ducha IV RP, tego upiora, co ciągle straszy spod łóżka polskiej demokracji.

A skoro już przy upiorach jesteśmy — oto Polska 2050. Partia, która przyszła z obietnicą nowej polityki, a właśnie zorganizowała konkurs na „kto szybciej zatrudni swojego kolegę w państwowej spółce”. Ministerka Pełczyńska-Nałęcz – oficjalna kandydatka na szefową ugrupowania, rozdaje stołki szybciej niż Netflix seriale. SIM tu, KZN tam, nominaci jak grzyby po deszczu i jak grzyby po deszczu – trujący.

To partia, która jednym tchem domaga się odpolitycznienia państwa i drugim — zamienia instytucje publiczne w prywatny folwark. Hołownia się obraża, Petru się piekli, Mucha szepcze, Kobosko knuje, Hennig-Kloska się przeciąga między frakcjami niczym polityczny kot Schrödingera – raz lojalna, raz targująca się o przyszłość resortu. A w tle kampania o to, kto dostanie medal „Nowoczesność Roku 2019” i miejsce obok Donalda Tuska przy stole, przy którym i tak nikt nie chce z nimi jeść.

Bo choć Polska 2050 zapowiadała nową jakość, to dostaliśmy stare układy, stary cynizm i stare numery. A w razie czego – będą twierdzić, że to była forma pilotażowa nowej polityki. Błyskawicznie się zestarzała.

A na koniec refleksja: jeśli Bilewicz nie zostanie profesorem w kraju, w którym Braun został posłem, a Przydacz ministrem, to znaczy, że Polska potrzebuje nie tylko reformy sądów. Potrzebuje nowej definicji słowa „państwo”. Bo państwo to nie pałac, nie urząd, nie sala z flagami. Państwo to obywatel. A obywatel dziś czuje się jak pacjent — w kolejce do lekarza, który zamiast stetoskopu ma partyjną legitymację.

No, ale przynajmniej profesorów mamy stu dwunastu. Jednego mniej. Ale za to jakich!

I wszystko wskazuje na to, że kolejna nominacja będzie miała miejsce dopiero wtedy, gdy Bilewicz przestanie badać nienawiść. Czyli nigdy. Bo przecież materiału badawczego mu w Polsce nie zabraknie.

A jeśli państwo będzie dalej wyglądało tak jak dziś — to do badań nad hipokryzją, bezprawiem i fałszywym mesjanizmem będzie kolejka równie długa jak do tego jednego lekarza orzecznika w ZUS-ie. Tylko kto wtedy jeszcze odważy się zostać profesorem?


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights