
Świat właśnie płonie, a ja stoję na tarasie z kubkiem kawy i papierosem.
Nie jest to może wielka strategia geopolityczna, ale na razie działa lepiej niż większość planów, które powstają w Waszyngtonie, Moskwie czy Teheranie.
Jest jeszcze rano. W Kanadzie dochodzi ósma.
Dom się obudził.
W kuchni trwa poranna operacja logistyczna o skali NATO. Dziewczynki krążą między plecakami, kanapkami i zaginionymi skarpetkami. Kot siedzi na środku podłogi z miną właściciela planety i obserwuje wszystko jak surowy audytor. Pies natomiast siedzi obok miski i patrzy na nią z filozoficzną zadumą, jakby próbował rozwiązać zagadkę sensu życia.
W pewnym momencie kot uznaje, że miska psa należy do niego. Pies uznaje, że jednak nie. Powstaje napięcie dyplomatyczne, które mogłoby zainteresować Radę Bezpieczeństwa ONZ.
Wtedy wkracza Larysa.
Jednym ruchem przywraca porządek kosmiczny. Kot zostaje przesunięty strategicznie o dwa metry. Pies odzyskuje miskę. Dziewczynki dostają kanapki. System znów działa.
W tym domu istnieje wyraźny podział kompetencji. Ona zarządza rzeczywistością. Ja pełnię funkcję dekoracyjną.
W praktyce oznacza to, że zostałem uprzejmie wyproszony z kuchni.
Na szczęście w naszej kuchni konflikty kończą się szybciej niż na Bliskim Wschodzie – wystarczy jedno spojrzenie Larysy i rozejm zostaje podpisany natychmiast, bez rezolucji ONZ i bez bombardowań. Koty zresztą od dawna są mistrzami dyplomacji w sprawach misek i poduszek. W porównaniu z nimi większość światowych przywódców wygląda jak początkujący amatorzy negocjacji.
Uciekłem więc na taras z kawą i papierosem – dwoma filarami cywilizacji zachodniej – i zrobiłem to, co robi współczesny człowiek, gdy ma chwilę ciszy.
Włączyłem internet.
Najpierw portale kanadyjskie i amerykańskie. Potem telewizję. Potem polskie serwisy. Człowiek musi się przecież odpowiednio przygotować do dnia.
Ja na przykład przygotowuję się do zajęć ze studentami.
Najpierw trzeba zebrać wiedzę. Potem zebrać złość. A potem pójść orać mózgi młodym ludziom.
Kawa działa tu jak paliwo rakietowe.
Świat w tym czasie wygląda tak, jakby ktoś przypadkiem usiadł na pilocie do historii i wcisnął wszystkie przyciski naraz.
Izrael bombarduje Iran. Amerykańskie bombowce niszczą kolejne instalacje wojskowe. Drony latają nad Zatoką Perską jak komary nad jeziorem w Ontario.
Ponad tysiąc ofiar. Setki celów wojskowych. Lotniskowce, myśliwce, rakiety.
Izraelska armia nakazuje mieszkańcom południowego Libanu natychmiast opuszczać domy.
„Dla własnego bezpieczeństwa musicie natychmiast opuścić swoje domy”.
To zdanie brzmi dziś na Bliskim Wschodzie jak prognoza pogody.
A w Waszyngtonie Donald Trump tłumaczy światu, że właściwie to wszystko jest częścią wielkiego planu.
Plan polega mniej więcej na tym, że bombarduje się Iran, a potem Iran – wzruszony – obala własny reżim.
Logika jest tu mniej więcej taka, jak w poradniku dla małżeństw: jeśli partner jest trudny, spróbuj go zbombardować.
Czytam komentarze.
„New York Times” pisze, że decyzja była lekkomyślna. „Guardian” twierdzi, że to pierwsza wojna epoki trumpowskiej „Rady Pokoju”. Anne Applebaum pyta, czy ktokolwiek ma plan, co będzie dalej.
I to jest dobre pytanie.
Bo wojny zaczynać potrafią wszyscy. Planować ich zakończenie – już nie bardzo.
Historia pełna jest takich przedsięwzięć.
Irak. Afganistan. Libia.
To trochę jak remont kuchni.
Zaczyna się od pomysłu. Potem ktoś wyburza ścianę. A potem przez piętnaście lat nie wiadomo, gdzie postawić lodówkę.
W tym samym czasie świat żyje także innymi sprawami.
W Polsce prokuratura szykuje się do nowych wątków w sprawie prezesa PKOl. Grzegorz Braun znowu odwiedza prokuraturę, tym razem w charakterze podejrzanego.
A gdzieś pomiędzy tym wszystkim internet pisze o tym, ile trzeba mieć emerytury, żeby zostać najbogatszym seniorem.
Podobno pięćdziesiąt cztery tysiące miesięcznie.
Nie wiem, czy to dużo. Ale wiem, że za taką emeryturę można by spokojnie finansować niewielką wojnę hybrydową.
Patrzę na to wszystko z mojego kanadyjskiego tarasu.
W domu słychać śmiech dziewczynek. Kot właśnie usiadł na psie, co w ich relacjach oznacza zwycięstwo dyplomatyczne.
Świat natomiast wygląda jak ogromny stół pokerowy.
Trump podnosi stawkę. Netanjahu rozdaje karty. Putin czeka, aż ktoś się pomyli.
A gdzieś w tym wszystkim siedzą zwykli ludzie.
Ci z Teheranu. Ci z Libanu. Ci z Tel Awiwu.
I patrzą na niebo.
Kończę kawę.
Za chwilę wsiądę w samochód i zawiozę dziewczynki do szkoły. Potem pojadę na uczelnię.
Studenci będą siedzieć w ławkach i czekać, aż opowiem im coś o świecie.
Pewnie powiem im prawdę.
Że historia nie jest poważną instytucją. Historia to raczej chaotyczny eksperyment prowadzony przez ludzi, którzy często nie mają zielonego pojęcia, co robią.
A potem dodam jeszcze jedną rzecz.
Że mimo wszystko warto myśleć.
Bo w epoce, w której politycy bombardują świat bez planu, myślenie staje się aktem oporu.
I być może jedyną rzeczą, której naprawdę nie da się zbombardować.

Dodaj komentarz