
W świecie pełnym konfetti propagandy, gdzie polityczne pawiany przechadzają się po scenie z miną Napoleona po nieudanej randce, Polska znów ma swojego bohatera. Nazywa się Karol Nawrocki, ale mógłby się nazywać Karol Katastrofa i nikt by się nie zdziwił. Otóż ten człowiek, samozwańczy strateg geopolityczny, postanowił nas wszystkich zaskoczyć deklaracją, że Polska jest gotowa do obrony swojej zachodniej granicy. Tak, tej zachodniej. Tej samej, która od 1945 roku nie drgnęła nawet o centymetr, chyba że liczymy ruchy sejsmiczne pod granicą z Niemcami. I tej samej, której nasi partnerzy z NATO broniliby prędzej, niż Nawrocki zdążyłby włożyć galowy mundur.
Owe słowa padły podczas obchodów rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego — święta pamięci, które dla Nawrockiego stało się kolejnym pretekstem do uprawiania swojej ulubionej dyscypliny: straszenia Zachodem i przypisywania Niemcom złych intencji, których nikt poza nim nie dostrzega. Oświadczył z powagą godną ucznia recytującego patriotyczny wiersz na akademii szkolnej, że „Polska wspólnota narodowa jest otwarta na Zachód, ale też gotowa do obrony zachodniej granicy”. Powstańcy wielkopolscy, w tej narracji, zostali wepchnięci w rolę wizjonerów dzisiejszych bredni.
Donald Tusk — człowiek, który nie tylko umie używać platformy X (wcześniej znanej jako Twitter), ale także rozpoznaje bzdurę, kiedy ją słyszy — nie zostawił na Nawrockim suchej nitki. „Prezydent Nawrocki znowu wskazał Zachód jako główne zagrożenie dla Polski. To jest istota sporu między antyeuropejskim blokiem (Nawrocki, Braun, Mentzen, PiS) a naszą Koalicją. Sporu śmiertelnie poważnego, sporu o nasze wartości, bezpieczeństwo, suwerenność. Wschód albo Zachód” — napisał, jednym wpisem rozrywając patriotyczne złudzenia Nawrockiego jak worek z mokrym cementem.
Radosław Sikorski dołożył swoje: „Pragnę uspokoić pana prezydenta, że dopóki Niemcy są w NATO i UE, zagrożenie jest żadne”. Co jest dyplomatycznym odpowiednikiem powiedzenia: „Karolu, weź melisę i zgaś świeczki na tej twojej mapie strachu”.

Ale Karol nie jest sam. W jego wyimaginowanej fortecy obok siedzą inni rycerze absurdów: Braun — mroczny lord podróży konnych i ziołolecznictwa, Mentzen — ambasador krzywej Laffera i prostej logiki TikToka, oraz nieśmiertelny PiS — partia, która traktuje rzeczywistość jak plastelinę, do formowania według własnej schizofrenicznej wyobraźni.
I tu zaczyna się opowieść. Bo przecież za tym dramatem z Poznania kryje się dużo więcej. To teatr w cieniu kurtyny międzynarodowego chaosu. Z jednej strony Rosja — kraj, który według Putina prowadzi „specjalną operację edukacyjną” na Ukrainie, a w rzeczywistości rzuca mięsem armatnim szybciej niż McDonald’s frytkami. Z drugiej — USA pod dowództwem Donalda Trumpa, który przypomina szalonego cesarza Kaligulę, tylko z dostępem do kodów nuklearnych i ego wielkości Jowisza.
Europa? Europa w tym wszystkim wygląda jak ciocia na weselu, która przyszła tylko na rosół, a teraz została wciągnięta do tańca z wujkiem, który pachnie wódką i teorią spiskową. AfD rośnie w Niemczech, francuski kryzys leży na kozetce, a Brytyjczycy zamienili rząd w kabaret permanentny. I w tym wszystkim Polska staje się – ku zaskoczeniu samych Polaków – punktem odniesienia.
Tylko że Polska, jak zwykle, nie może się zdecydować, czy chce być poważna, czy chce się bawić w ciuciubabkę z historią. Nawrocki opowiada o duchu powstańców wielkopolskich, ale wygląda, jakby szukał nowego wroga, bo stary już się zużył. To nie polityka – to cosplay. Karol najwyraźniej pomylił obchody narodowego święta z premierą nowego sezonu „House of Cards”, tylko w wersji łubu-dubu.
I gdyby to wszystko nie było tak groźne, byłoby przezabawne. Bo człowiek, który miał opiekować się muzeum, postanowił sam zostać eksponatem. Żywa rekonstrukcja absurdu. Zdetronizował Kaczyńskiego? Może. Ale tylko w kategorii: „Najbardziej niezręczna kopia oryginału”.
A w tle — wojna, realna, krwawa, pełna cierpienia, z Rosją, która topi się we własnym imperialnym sosie. Z Putinem, który myli rzeczywistość z grą strategiczną na PlayStation 2. I z Trumpem, który chce, żeby Europa była Europą, ale tylko tą z jego wyobrażeń, gdzie kobiety noszą halki, mężczyźni mają brody jak z westernu, a Unia Europejska to tylko zły sen.
W tym wszystkim Tusk i Sikorski próbują, jak dwóch wytrwałych strażników latarni, wskazać drogę, zanim statek znowu uderzy w brzeg głupoty. Czy im się uda? Nie wiadomo. Bo w Polsce wszystko jest możliwe. Nawet to, że ktoś uzna zachodnią granicę za zagrożoną.
Na zakończenie – słowa Daviesa: „Demokracja to najgorszy system, z wyjątkiem wszystkich innych”. A my? My, drodzy czytelnicy, tkwimy w niej, między tymi, co walczą o rozsądek, a tymi, co walczą z logiką. Pomiędzy Zachodem a Zachodem.
Zresztą, gdyby ktoś spytał Nawrockiego, gdzie jest Zachód, pewnie odpowiedziałby: „Za horyzontem, ale lepiej nie ufać. Lepiej kopać okopy. Na wszelki wypadek.”
I tym właśnie kończę dzisiejszy odcinek: geopolitycznej Familiady, w której odpowiedzi są błędne, pytania absurdalne, a prowadzący wciąż myśli, że gra w szachy, choć przed nim tylko warcaby.

Dodaj komentarz