


Bóg zesłał potop, Mojżesz wyprowadził lud z Egiptu, a Karol Nawrocki… przejął kawalerkę po emerycie Jerzym. Skala inna, ale gest równie boski – w końcu „czyńcie sobie ziemię poddaną”. Nawrocki słowa Pisma nie czyta, on je interpretuje łomem.
Nowy prezydent Rzeczpospolitej. Kiedyś student historii, dziś zawodnik wagi ciężkiej – politycznej, retorycznej i dosłownie – bo jego entourage to bokserzy, kibole i profesorowie samozwańczej pamięci narodowej. A wszystko podlane sosem z brunatnych oparów Konfederacji, w których Nawrocki się nie tylko wykąpał, ale też – jak twierdzą złośliwi – ochrzcił swojego psa.
Pan z apartamentu, czyli luksus dla ludu… znaczy dla siebie
Zanim Karol Nawrocki usiądzie na fotelu prezydenckim, zasiadał już w fotelach wielu instytucji. Najczęściej w apartamentach opłacanych przez podatnika. Bo przecież jak tu uprawiać „dynamiczną politykę międzynarodową”, nie mając jacuzzi i telewizora 65-calowego? Gdy PiS pytał, czemu Karol nie korzysta z dostępnych rządowych mieszkań, odpowiedział skromnie: „bo mają firanki z Ikei”.
Mieszkał więc tu i tam – raz w muzeum, raz w apartamencie IPN. Na koszt podatnika, oczywiście. W końcu kto bogatemu zabroni?
Sutenerstwo? Ależ skąd!
Plotki, jakoby jeden z jego ludzi „uprawiał politykę bardzo interpersonalną” w muzealnym apartamencie, są niegodne dementowania. W końcu każdy prezydent powinien mieć przy sobie kogoś do kontaktów międzynarodowych. A że kontakty były krótkoterminowe i za gotówkę? Cóż, może to była misja dyplomatyczna. Na godziny.
Historia po nowemu – czyli „ja tu jestem narratorem”
Karol Nawrocki objął Muzeum II Wojny Światowej niczym hetman twierdzę – najpierw wywalił historyków, potem zmienił wystawę, a na koniec przemielił poprzedni katalog, który – uwaga – miał zbyt mało PiSu w PiSie. Wydrukowany za grube pieniądze album poszedł na przemiał szybciej niż wnioski o reparacje od Niemiec.
Ale spokojnie – dla równowagi zatrudnił w IPN swoich trenerów boksu i kolegów z trybun. Bo w IPN nie chodzi o historię, tylko o instynkt. Szczególnie ten stadny.
Biuro Analiz Ciasteczkowych
Karol Nawrocki otacza się nie tylko kibolami i bokserami. Jego najbliżsi współpracownicy to mikstura osobowości z zakresu: „przeczytałem jedną książkę i była to instrukcja do PlayStation 2”. Ludzie, którzy uważają, że Słowacki wielkim poetą był, bo zginął w Smoleńsku. Tacy, co to Rymkiewicza cenią, bo dobrze krzyczy w marszu. A na pytanie o Konstytucję, odpowiadają: „Konstytucję? Nie, dziękuję, jestem po”.
Z młodzieży wszechpolskiej do salonów
Karol Nawrocki ma CV, które wygląda jak życiorys bohatera komiksu pt. „Od ustawek do ustaw” – najpierw Młodzież Wszechpolska, potem Samoobrona, teraz PiS i Konfederacja. To człowiek, który w wieku 18 lat zaczytywał się w „Szczerbcach i Ojczyźnianych Listach”, a teraz chce być ojcem narodu. Tyle że zamiast konstytucji w ręku – trzyma kastet.
Syndrom Boga? Raczej syndrom Polsatu
W PiS mówią, że ma syndrom Boga. Ale wygląda to bardziej na syndrom „wreszcie mnie pokazali w TVP na żywo i miałem dobrze dobrany t-shirt”. Gdy wraz z Andrzejem Dudą śpiewał „Warszawskie dzieci”, śledzący wydarzenie z boku ochroniarz podobno szepnął do mikrofonu: „Szefie, on śpiewa bez sensu. Ale z zapałem”.
Prezydent wszystkich Polaków? Chyba że jesteś żydem, gejem, kobietą, liberałem lub po prostu myślisz
Nowy prezydent nie zamierza być prezydentem wszystkich. Już zapowiedział: „Nie będę się spotykał z tymi, co mają inny pogląd na historię i rodzinę”. Przetłumaczone z nawrockiego: „Nie będę się spotykał z nikim, kto czyta książki, słucha Mozarta i nie chodzi na mecze Lechii”.
Na koniec – Duda w cieniu, Karol w gloryfikacji
Duda wygląda dziś przy Nawrockim jak człowiek, który nie wiedział, że w teatrze też można klaskać nie wtedy, kiedy wszyscy. Uśmiecha się grzecznie, ale w oczach ma coś, co przypomina rozdział z „Folwarku zwierzęcego”. Nawet on zdaje się myśleć: co myśmy najlepszego zrobili?
I tak oto powstała Polska Karola Nawrockiego – kraj, gdzie historia ma dres, prezydent ma kastet, a naród ma przechlapane.
Ale spokojnie. Może w apartamencie po Jerzym znajdzie się jeszcze miejsce dla rozumu. Choćby w formie małej walizeczki, porzuconej w szafie. Bo głowa państwa przecież kiedyś będzie musiała coś przemyśleć. Choćby przypadkiem.

Dodaj komentarz