KARNAWAŁ NA SMALCU, IMPERIUM NA SMS-IE

Warszawa

Świat wszedł w karnawał bez przebierania się. Maski okazały się zbędne, bo twarze same stały się groteską. Dawniej, żeby przekroczyć granicę przyzwoitości, trzeba było założyć nos błazna, przyczepić rogi diabła albo przynajmniej udawać kogoś innego. Dziś wystarczy włączyć telefon. Karnawał trwa cały rok: muzyka głośniejsza, światła ostrzejsze, a pączki bardziej tłuste. I nikt już nie udaje, że to tylko na chwilę.

Kiedyś karnawał był umową społeczną. Teraz wolno — zaraz nie wolno. Najpierw obżarstwo, potem post. Najpierw śmiech, potem rachunek sumienia. W średniowieczu wiedziano przynajmniej, po co to wszystko: żeby pokazać grzech w całej jego krasie, wystawić go na światło dzienne jak trupa na rynku, a potem na moment się od niego odwrócić. Dziś grzech nie ma urlopu. Jest na etacie, w nadgodzinach, z premią kwartalną i pakietem benefitów. Pracuje siedem dni w tygodniu, bo popyt nie spada.

W dawnym karnawale jedzono ciężko, tłusto i bez wstydu. Pączek był kulą armatnią: chlebowe ciasto, słonina, cebula, smalec. Można było nim trafić w oko i zostawić ślad na całe zapusty. Był szczery w swojej brutalności, jak cep albo pałka. Dziś pączek jest lekki jak obietnica polityczna — nadziewany marketingiem, obsypany cukrem pudrem z excela, z certyfikatem „fit” i poczuciem winy gratis. Smakuje, ale nie syci. Jak większość wiadomości dnia.

Bo oto w sam środek tego nowoczesnego karnawału wpada informacja, że InPost zmienia właściciela. Paczkomat — nasz narodowy fetysz, metalowy konfesjonał konsumpcji, przy którym spowiadamy się z małych i dużych zakupów — idzie w świat za miliardy. FedEx, globalny kolos, bierze brzoskowe know-how pod pachę i rusza na Amazon. Dawniej w karnawale liczono kiełbasy i beczki piwa, dziś liczymy zera. To też jest obżarstwo, tylko kapitałowe. Tłuste cyfry, ciężkostrawne umowy, wielki stół, przy którym nikt nie pyta, czy to jeszcze nasze, bo wszyscy zajęci są sprawdzaniem kursu.

W Wenecji błazny tańczyły na placach, u nas paczkomat mruga diodą jak oko cyklopa. Symbol sukcesu. Dowód, że nie jesteśmy już tylko montownią. Tyle że w karnawale sukces zawsze bywa podejrzany: dziś król, jutro kukła do spalenia. Historia lubi takie dowcipy, zwłaszcza gdy są drogie.

A skoro o żartach mowa — światowa scena polityczna przypomina dziś maskaradę po trzecim dzbanku wina, kiedy nikt już nie pamięta, kto jest kim, ale wszyscy są bardzo pewni siebie. Donald Trump publikuje mapę, na której Kanada jest częścią USA. Imperium jako dziecięca układanka: tu docisnąć palcem, tam przesunąć granicę. Karnawałowy król świata, który wierzy, że skoro mapa się zgadza, to rzeczywistość też powinna. Kartografia jako forma stand-upu.

W tej paradzie idą też nasi. Jedni klaszczą, drudzy oburzają się na raty, trzeci liczą, czy bardziej opłaca się milczeć. Czarzasty mówi „nie” Noblowi dla Trumpa i nagle maski spadają. Ambasador obrażony w mediach społecznościowych, dyplomacja w trybie fochu przedszkolaka, który zabiera grabki i wychodzi z piaskownicy. W średniowieczu rzucano w siebie pączkami, dziś tweetami. Też potrafią zostawić siniaki, tylko trudniej je potem wytłumaczyć.

Afera Epsteina? To już nie bal maskowy, to prosektorium po balu. Światła jarzeniówek, zapach formaliny, kolejne nazwiska spadają jak guziki z taniego fraka. Ministrowie, doradcy, możni tego świata nagle odkrywają, że mają pilne sprawy prywatne, najlepiej daleko od kamer. Karnawał grzechu spełnił funkcję dydaktyczną aż za dobrze. Tyle że nikt nie chce teraz przechodzić postu. Wszyscy wolą udawać, że to nie ich kostium.

Sport miał być odskocznią, a też wpisuje się w zapustny chaos. Super Bowl — świątynia mięsa, reklam i testosteronu — kończy się nokautem. Seahawks miażdżą Patriots, rekordy pękają jak przejrzałe pączki. Nawet tu ktoś musi się obrazić, bo w karnawale obraza to dyscyplina obowiązkowa. Do tego igrzyska, kontuzja Lindsey Vonn, legenda upada, świat wstrzymuje oddech na sekundę, po czym wraca do scrollowania. Karnawał nie czeka na rannych, bo ma napięty harmonogram.

A w tle, jak refren starej pieśni śpiewanej już na bełkotliwą nutę, pobrzmiewa Polska. Sądy, weta, KRS, oskarżenia o sędziokrację i zamachy na demokrację. Jedni krzyczą o komunizmie, drudzy o praworządności, wszyscy o wszystkim naraz. To już nie dialog, to pijacka pyskówka pod karczmą historii. Każdy ma swoją maskę, każdy swoją rację, nikt nie słyszy muzyki, bo gra za głośno.

Dawniej po karnawale przychodził Wielki Post. Cisza. Ograniczenie. Wstrzemięźliwość. Czas, w którym człowiek miał szansę usłyszeć własne myśli, a nie tylko cudze krzyki. Dziś post się nie opłaca. Algorytm go nie lubi, sponsor się krzywi, reklama znika. Lepiej tańczyć dalej, nawet jeśli orkiestra przyspiesza jak na Titanicu, parkiet pęka pod nogami, a kelner już dawno wyniósł koła ratunkowe.

Bo współczesny karnawał nie zna zakończenia. Nie ma Środy Popielcowej, jest tylko poniedziałek z kacem informacyjnym. Nie ma rachunku sumienia, jest arkusz kalkulacyjny. Nie ma ciszy — jest powiadomienie. Grzech nie potrzebuje już maski, bo występuje w garniturze, z logotypem i hasłem motywacyjnym. A my tańczymy dalej, obżarci newsami jak pączkami z nadzieniem z niczego.

I zostaje pytanie ostatnie, najbardziej nieprzyjemne, takie które wraca następnego dnia jak ból w skroniach: czy ten karnawał skończy się sam, czy dopiero wtedy, gdy obudzimy się w pustej sali — wśród konfetti z rachunków, map bez granic i obietnic bez pokrycia — i ktoś spokojnym głosem powie, że muzyka była darmowa tylko do północy, a teraz wszyscy płacimy za bal, na którym nawet nie zdążyliśmy się naprawdę bawić.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights