
Felieton o tym, jak prawica stworzyła machinę do dojenia państwa i nazwała to patriotyzmem.
W dawnych czasach, kiedy jeszcze premierem był Mateusz „Marketing” Morawiecki, a Czarnek nie musiał jeszcze uciekać przed kontrolą NIK-u szybciej niż przed maturzystami pytającymi o definicję „intelektu”, istniała organizacja o nazwie „Dumni z Polski”. Dumni byli tak bardzo, że aż zapomnieli, że miłość do ojczyzny nie zwalnia z obowiązku zwrotu pieniędzy.
Na papierze wyglądało to wszystko cudownie. Ewangelizacja, kultura, edukacja, wsparcie dla orkiestr, teatrów, bibliotek i pewnie jeszcze marsjańskich farm pietruszki. Tyle że… bez pracowników, sprzętu, siedziby. Wirtualne imperium patriotyzmu. Kapitał żelazny pojawił się we wniosku 80 razy, ale w życiu organizacji nie pojawił się ani razu.
Dla jasności: kapitał żelazny to taki magiczny worek pieniędzy, który fundacja trzyma w sejfie i nie rusza go nigdy, przenigdy — żyje sobie tylko z odsetek. Ale tu nie było ani worka, ani sejfu. Ani odsetek. No, chyba że od nieoddanych dotacji. Wtedy wszystko się zgadza.
Dumni z Polski, za rządów PiS, dostali setki tysięcy złotych dotacji. Oczywiście bez konkursu, z politycznego nadania, z przychylności resortów zarządzanych przez panów o nazwiskach brzmiących jak z kabaretu: Gliński, Czarnek, Nawrocki. Pomagał im Kamil Kobyliński, którego twarz częściej widywano w TV Republika niż w jego miejscu pracy. Bo do pracy nie chodził. Ale pieniądze brał.
A brał szczodrze. Prawie milion złotych na różne wydumane projekty, z czego żadnego nie rozliczyli. Kapitału żelaznego nie znaleziono. Strony internetowe nie działały. Telefony milczały. Na adresie siedziby organizacji urządzał się przypadkowy Francuz.
Narodowy Instytut Wolności prosił o sprawozdania, świadectwa, dowody… Pięć razy. Aż w końcu poprosił komornika. I zgadnijcie co? Nic.
Dziś są winni około 900 tysięcy złotych. I co robi Kobyliński? Zakłada kolejne stowarzyszenia. Tym razem w Legionowie. Razem z mamusią, radną PiS. Nazwy inne, treści kopiuj-wklej. Te same bzdury o patriotyzmie, rekonstrukcjach historycznych i wspieraniu chórów. Wszystko z miłości do Polski oczywiście. I wszystko na dotacjach.
Bo przecież to już klasyk: przywłaszczanie publicznych pieniędzy to nie incydent, to standardowy model działania. Taka prawicowa specyfika: najpierw wyciągnąć rękę po kasę, potem wyciągnąć drugą po więcej, a potem udawać, że to wszystko dla ojczyzny.
A teraz uwaga: pojawia się druga fundacja! „Fundacja Polska Wielki Projekt”. Prawicowe logo, wielkie słowa i – oczywiście – miliony z dotacji. Też nie bardzo rozliczane, też z kadrą żywcem wziętą z seansu TVP Info. Programy pełne frazesów, rezultaty bliskie zeru. Ale patriotyzm — mierzony w metrach sześciennych banknotów — rósł jak duma narodowa przed wyborami.
Do tego kariera jak z bajki: Kobyliński był w KPRM, w MEiN, u Czarnka, u Nawrockiego. Gdzie nie wszedł, tam nie pracował. Zostawił po sobie dym, faktury i oskarżenia o konflikty interesów. Kiedy już nawet PiS nie mógł go znieść, wylądował w Wojskach Obrony Terytorialnej. Bo, jak nie wiadomo co robić z klakierem, to daje się mu karabin i numer buta.
Ale żadna historia o dotacjach nie byłaby kompletna bez Ordo Iuris. W tym samym czasie Tymoteusz Zych, ich wiceprezes, budował swoje prywatne królestwo w ramach Narodowego Instytutu Wolności. Jego fundacje dostawały miliony. On sam zasiadał w radzie NIW. A na boku tworzył uczelnię dla ultrakatolickich elit, gdzie w programie nie było nawet matematyki, ale za to było „smaganie różańcem”.
Gdyby to był scenariusz filmu, powiedzielibyśmy: za bardzo przerysowane. Ale to było państwo PiS. Rzeczywistość przebiła kabaret.
Nie, to nie byli „patrioci”. To byli Dumni z Kasy. Z kasy, którą traktowali jak bankomat bez PIN-u. Bo za rządów PiS największym patriotyzmem było umieć wystawić fakturę.
Dziś te organizacje toną w długach, a ich twórcy znikają jak mgła poranna po mszy. Ale nie miejmy złudzeń: wrócą. Pod inną nazwą, z innym logiem, z nowym wnioskiem i starymi znajomościami. Bo w tym kraju patriotyzm narodowo-prawicowy to nie przekonanie. To biznesplan.
I gdy następnym razem ktoś powie ci, że „miłość ojczyzny naszym prawem” — sprawdź, czy nie ma konta w NIW. Albo czy nie drukuje właśnie ulotek o „kapitale żelaznym” na papierze wartym tyle, co ich sumienie.

Dodaj komentarz