
Wieczór w Kanadzie ma swoją własną logikę. Zapada powoli, nieśpiesznie, jakby świat wkładał na siebie miękką polarową bluzę i przysuwał fotel bliżej kominka. U mnie w domu zamiera etapami: najpierw dziewczynki – dziś wyjątkowo tylko lekko poobijane po treningu dziecięcej drużyny hokejowej – znikają w swoich pokojach, zajęte ważniejszymi sprawami niż ich ojciec. Ich brak potrzeby, by zmuszać mnie do gonitw, bójek na dywanie i wymyślania idiotyzmów, był cichym błogosławieństwem.
Potem żona, jak zwykle dyskretna w relacjonowaniu dnia, siada na kanapie z laptopem. Podwinięte nogi, wielki sweter, zmęczenie rozlane na twarzy jak cień. Wiem, że nie czas na pytania. Delikatny gest – objęcie ramion, pocałunek w dłoń – wystarcza. Wstaję, wychodzę na taras, zabierając po drodze kawę, papierosa, komputer. Cisza domu zostaje za mną.
Na zewnątrz pochmurne niebo. Zapowiadają śnieg. Włączam telewizor, przeskakuję kanały, czytam portale. Zerkam na Facebooka, gdzie algorytmy jak zwykle informują mnie o wszystkim, oprócz tego, co rzeczywiście potrzebne.
I tak zaczyna się mój felieton – napisany nocą w Kanadzie, który przeczytacie rano w Polsce.

NOWE DEPORTACJE TRUMPA: POLONIA POD KAPTUREM ICE
Pierwszy nagłówek przebija się przez szum medialny jak rysa na ekranie: „Rekordowa liczba Polaków zatrzymanych w USA”.
To efekt zaostrzonej polityki Donalda Trumpa, który najwyraźniej uznał, że najlepszym prezentem dla imigrantów będzie… bilet powrotny w jedną stronę. Władca chaosu znów działa w swoim ulubionym stylu: z gestem słonia w składzie porcelany i delikatnością spychacza drogowego.
Poznajemy historie: Stanisław, dwie dekady pracy, podatki płacone co do centa, zero konfliktów z prawem. Wystarczyło, że wyszedł ze sklepu. 73 godziny później – Balice. 10 lat zakazu wjazdu. „Welcome home.”
Irina – 20 lat życia w Ameryce, 48 godzin na opuszczenie kraju.
Polacy w USA mają tak wielki strach przed nagłym rozdzieleniem z rodziną, że masowo wystawiają upoważnienia dla znajomych do opieki nad dziećmi. Bo ICE nie pyta, czy masz dobre serce. Pyta, czy masz papier. Jeśli nie masz – wsiadasz do samolotu.
To wszystko dzieje się w kraju, który „kochamy”, za którym tęsknimy, w którym chcemy pracować, odkładać, żyć. Kraju, który wielu wyborców PiS i Nawrockiego wciąż uważa za „naturalnego sojusznika” i strażnika wolności.
A tymczasem ICE łapie Polaków, jakby to było nowym hobby. Nawet nie przestępców, ale tych, którzy po prostu mieli pecha, złą datę na wizie, pomylone dokumenty. Prawo stanęło po stronie paragrafu, nie człowieka.
A w mojej kanadyjskiej ciszy myślę: to jest ten sojusz, o którym tyle lat słyszeliśmy? Ten przyjaciel, który miał nas bronić przed „europejską opresją”?
SAFE: POLSKIE PIENIĄDZE, POLSKI CZOŁG, EUROPEJSKI KREDYT – I POLSKIE FURIE
Kolejna historia dnia – i kolejna polityczna telenowela. Program SAFE. Pożyczka, nisko oprocentowana, czterdzieści kilka miliardów euro dla Polski. Największy beneficjent. Pieniądze, które mogłyby zasilić polską zbrojeniówkę tak, że Huta Stalowa Wola musiałaby wzywać posiłki z innej galaktyki.
A jednak… polska prawica widzi w tym wyłącznie niemiecki but, niemiecki spisek, niemiecką niewolę i niemiecką lodówkę, która ponoć sama się otwiera i zjada polskie pasztety.
Premier gra w złego policjanta, Kosiniak-Kamysz w dobrego. Tusk publikuje filmik „dotarło, zakute łby?”, co jest prawdopodobnie najbardziej prawdomówną frazą w polskiej polityce od dekady. Pałac Prezydencki podskoczył jak kot, który nadepnął na rozgrzaną płytę kuchenną.
Nawrocki udaje wahanie.
Wahanie, dodajmy, natury wyłącznie teatralnej. Przecież on tę decyzję ma już w kieszeni – razem z długopisem i instrukcją obsługi weta.
Tymczasem analiza jest brutalnie prosta:
– z SAFE mamy tanie pieniądze, – wydane w dużej części w Polsce, – budujące naszą produkcję zbrojeniową, – zmniejszające zależność od zakupów w USA i Korei Południowej, – wzmacniające armię w czasie wojny za wschodnią granicą.
Ale polska prawica znalazła nowy lęk narodowy: warunkowość.
Tę samą, którą podpisali, popierali, chwalili – do momentu, kiedy UE zaczęła jej używać wobec ich demolki praworządności.
Teraz to miecz Damoklesa. Broń atomowa. Narzędzie opresji. Zmowa Berlina, Brukseli i kilku matek z FB.
Gdyby nie tragiczne konsekwencje, byłoby to śmieszne.

TUSK WYPRZEDZA HISZPANIĘ, A POLACY WYPRZEDZAJĄ WŁASNĄ NIEWIARĘ
W kanałach informacyjnych pojawia się jeszcze nagranie Tuska: Polska wyprzedza Hiszpanię w dochodzie na mieszkańca. MFW macha tabelkami, rząd ogłasza sukces.
Hiszpania zaskoczona. Polska zaskoczona. Najbardziej zaskoczony – Jarosław Kaczyński, bo on od lat powtarzał, że Tusk sprzeda nas Niemcom, a tymczasem Tusk sprzedał nam… wzrost gospodarczy.
Trudno to przeżyć.
Polska, kraj wiecznych kompleksów, wyprzedza europejskie gospodarki, które przez lata wydawały się nieosiągalne. Oczywiście zaraz pojawia się grupa komentatorów z informacją, że to wszystko złudzenie, statystyka, propaganda i efekt tego, że Hiszpanie jedzą za dużo oliwek.
Ale fakty są faktami.
A faktem jest to, że Polska stoi dziś w europejskim peletonie i nie musi już pedałować z językiem na brodzie.

ZEŁENSKI – TRUMP: TELEFON, KTÓRY BRZMI JAK KOŃ TROJAŃSKI
A potem przychodzi ten news, który w kanadyjskiej ciszy brzmi jak dzwonek telefonu w horrorze: Zełenski rozmawiał z Donaldem Trumpem. Rozmawiał – to słowo uprzejme. W rzeczywistości to była desperacka próba utrzymania przy życiu sojuszu, który dziś przypomina wiszący most z lin zjedzonych przez wilgoć.
Ukraina stoi na skraju wyczerpania. Ta zima – jak mówi Zełenski – była najtrudniejsza. Ataki rakietowe, niedobory energii, potężne skoki cen, ucieczki ludności, przeciążone systemy obrony powietrznej. A po drugiej stronie oceanu siedzi człowiek, który jeszcze niedawno zapowiadał, że w 24 godziny zakończy wojnę, jeśli tylko pozwoli mu się… no właśnie, co?
Trump mówi o pokoju jak o promocji w supermarkecie: „coś z tym zrobimy, coś tanio, coś szybko”. Dla niego wojna to problem wizerunkowy, a pokój – transakcja. Zełenski doskonale wie, że Ukraina w takich warunkach negocjacyjnych jest jak klient, który przyszedł po kredyt, ale bankier właśnie czyta jego kartotekę w kolumnie „windykacja”. Dlatego jego słowa są tak wyważone, tak miękkie, tak pełne dyplomatycznych uników.
Kijów podkreśla, że prace trwają, że rozmowy idą naprzód, że „proces” jest ważny. Ale prawda jest gorzka: Ukraina gra o czas, Trump gra o narrację, a Rosja gra o przyszłość Europy. I tylko jedna z tych trzech stron ma pełną swobodę ruchów – niestety nie ta, która powinna.
I w tej rozmowie, w tej dyplomatycznej choreografii, jest coś tragikomicznego. Bo kiedy Zełenski mówi o „sekwencji działań”, człowiek ma wrażenie, że próbuje opisać most, który istnieje tylko na mapie. Próbuje trzymać Zachód razem, gdy Ameryka zaczyna grać solo.

NAWACKI DRZE PAPIERY – POLSKA IZBA MÓWI „NIC SIĘ NIE STAŁO”
A teraz – polskie podwórko, które jak zwykle dostarcza dramaturgii godnej skandynawskiego kryminału, tylko bez śniegu i z mniejszą ilością logiki.
Maciej Nawacki. Postać, której nazwisko zna dziś cała Polska. Sędzia, prezes, członek neo-KRS, mężczyzna, który przeszedł do historii nie dzięki orzeczeniom, ale dzięki temu, że podarł uchwały olsztyńskich sędziów przed kamerami – z miną tak butną, jakby właśnie obalał tyrana, a nie kartkę papieru.
A teraz – po latach – Izba Odpowiedzialności Zawodowej mówi: owszem, dokument podarł. Owszem, publicznie. Owszem, z pełną premedytacją. Owszem, to było naganne. Ale… szkodliwość społeczna czynu jest znikoma.
Czyli: w państwie prawa nie wolno zniszczyć uchwały sędziów – chyba, że ma się dobre znajomości i odpowiedni garnitur.
A teraz fakty, bardzo precyzyjne, bo to ważne:
– Prokuratura chciała postawić Nawackiemu dwa zarzuty: przekroczenie uprawnień (art. 231 kk) i zniszczenie dokumentu (art. 276 kk). – Izba uznała, że pierwszy zarzut odpada, bo… sędziowie rzekomo nie mieli prawa składać tych uchwał. – Drugi zarzut – jak najbardziej słuszny – ale szkodliwość „znikoma”, więc immunitetu nie uchylono.
Co to oznacza? Że Nawacki faktycznie zrobił to, o co go oskarżano – ale uznano, że to nie problem.
Że podarcie uchwały samorządu sędziowskiego – wydarzenie, które przeszło do historii jako symbol buty i pogardy – jest traktowane na równi z nieumyślnym uszkodzeniem ulotki.
Izba stwierdziła też, że sędziowie nie mogli składać uchwał w sprawach praworządności bez zgody Kolegium sądu okręgowego. Czyli: jeśli samorząd sędziowski widzi zagrożenie dla niezależności sądów – ma milczeć, bo ustawa kagańcowa zabroniła mu mówić.
To odwrócenie logiki: zamiast chronić sędziów przed polityką, chronimy politykę przed sędziami.
Dodajmy do tego, że Nawacki przez lata: – nie dopuszczał sędziego Juszczyszyna do pracy mimo wyroków sądów, – przenosił go karnie do innego wydziału, – ignorował orzeczenia nakazujące przywrócenie go na stanowisko, – uczestniczył w systemie represji budowanym przez ludzi Ziobry, – był w grupie „Kasta/Antykasta” razem z Radzikiem i Lasotą.
A dziś? Dziś Izba mówi: czyn naganny, ale karalności nie widzimy.
Sędziowie na sali rozpraw drą kartki w proteście – symbolicznie pokazując, że jeśli w Polsce wolno niszczyć dokumenty, to wolno też niszczyć ich autorytet.
A Nawacki? Traci wpływy, kończy mu się kadencja w neo-KRS, nie jest już prezesem sądu, czeka na decyzję w sprawie nominacji do NSA. Sprawy karne wciąż wiszą nad nim jak zimowe chmury.
Ale w tej konkretnej – wygrał.
To zwycięstwo gorzkie, śliskie, jak lód na chodniku: niby się stoi, ale łatwo upaść.
A Polska? Polska znów zobaczyła, że są ludzie, dla których prawo jest miękkie jak plastelina.
I że można podrzeć dokument – ale nie można podrzeć systemu, który takich ludzi chroni.
Państwo polskie, kraj, który domagał się drakońskich kar za kradzież batonika, uznaje, że podrzeć uchwały sędziów – publicznie – to właściwie forma artystycznego sprzeciwu.
A NA TARASIE… CISZA
I tak siedzę na tym tarasie, w tej mojej kanadyjskiej nocy. Dom cichy, bezpieczny, spokojny. Dziewczynki śpią, żona pracuje, choć powinna odpoczywać. Śnieg jeszcze nie pada, ale czuć go w powietrzu.
Włączam kolejny kanał, czytam kolejne komentarze, słucham kolejnych ekspertów, którzy wiedzą wszystko, choć nie wiedzą nic.
W głowie układa mi się jedno: świat skręca w różne strony naraz. Ameryka deportuje. Polska kłóci się o pieniądze, których potrzebuje jak tlenu. Europa próbuje budować wspólną obronność. Ukraina walczy o życie. Rosja czeka, aż Zachód się zmęczy. Kaczyński walczy z Niemcami, jakby to był rok 2005. Nawrocki drze dokumenty, jakby to coś zmieniało.
A ja palę papierosa w ciszy, która wydaje się mądrzejsza niż wszystkie nagłówki razem.
I tak kończę ten felieton – nocą w Kanadzie, dla waszego poranka w Polsce.
Bo czasem jedyne, co możemy zrobić, to uporządkować chaos słowami.
I mieć nadzieję, że rano rzeczywistość będzie choć odrobinę mniej absurdalna.
Choć, znając życie – nie będzie.

Dodaj komentarz