



Nie przepadam za Włodzimierzem Czarzastym. To nie jest mój bohater z obrazka, nie wieszam jego portretu nad biurkiem i nie nucę jego wystąpień pod prysznicem. Ale to, co dziś robi z nim prawica, to nie polityka. To zbiorowy atak piany na mózg, orgia podejrzeń i rytualne okładanie pałką instytucji państwa, bo komuś zabrakło argumentów, więc wyciągnął z szafy worek z napisem: „ZDRADA, WSCHÓD, ROSJA – UŻYĆ NATYCHMIAST”.
Rada Bezpieczeństwa Narodowego – organ, który powinien przypominać sejf z grubego betonu – została potraktowana jak tablica korkowa w remizie. Przypnijmy plotkę, doczepmy insynuację, dorzućmy półsłówko o „kontaktach”, a na deser puśćmy to w eter, żeby gawiedź miała czym mlaskać. To nie jest państwo prawa. To jest polityczny jarmark z watą cukrową zrobioną z podejrzeń.
Prezydent Karol Nawrocki postanowił zamienić RBN w ring bokserski, a siebie w sędziego, zawodnika i konferansjera jednocześnie. To już nie jest nawet konflikt ambicji. To jest demonstracyjne deptanie procedur w butach ubrudzonych medialną histerią. Jeśli jakiekolwiek służby miałyby cokolwiek na marszałka Sejmu, wiedzieliby o tym ministrowie. Wiedziałaby prokuratura. Wiedziałoby prawo. Skoro nikt nie wie, to znaczy, że mamy do czynienia z dymem bez ognia, za to z potężnym wiatrakiem propagandy.
A teraz wchodzi on – ambasador Tom Rose – cały na biało, tylko że ta biel bardziej przypomina mundur polowy namiestnika niż garnitur dyplomaty. Zerwanie kontaktów z drugą osobą w państwie, bo ta nie uklękła przed pomnikiem Donalda Trumpa, to gest rodem z epoki kanonierek. Dyplomacja na Twitterze. Grożenie palcem zza oceanu, jakby Polska była niesfornym uczniem, któremu trzeba wpisać uwagę do dzienniczka.
Trump oczywiście urósł w tej historii do rangi obrażonego bożka z ego wielkości Mont Blanc. Nobel mu się nie należy – i to nie jest obelga. To opinia. W demokracji wolno je mieć, nawet jeśli prezydent USA marszczy brwi, a jego ambasador dostaje nerwowych tików klawiatury.
A kiedy premier Donald Tusk – spokojnie, bez piany, z elementarnym szacunkiem – przypomniał, że sojusznicy nie są od tego, by się wzajemnie pouczać, Tom Rose odpowiedział jak człowiek, który pomylił dyplomację z komentarzami pod filmikiem na YouTube. To już nie była niekompetencja. To było czyste, bezwstydne chamstwo. Mentor z prowincjonalnego kazania, który uznał, że może strofować szefa rządu suwerennego państwa, bo stoi za nim cień Donalda Trumpa, a cień ten wydaje mu się wystarczająco długi.
Rose zachował się wobec Tuska nie jak ambasador, lecz jak nadgorliwy goniec ego swojego prezydenta. Z tą różnicą, że goniec zwykle zna granice, a tu granice zostały potraktowane jak sugestia, nie zasada. Wypominanie premierowi Polski rzekomego braku szacunku wobec Trumpa było aktem politycznej głupoty, podszytej arogancją i kompletnym niezrozumieniem, czym jest partnerska relacja między państwami. Jeśli ktoś tu okazał brak profesjonalizmu, to nie Tusk. To ambasador, który uznał, że może rozmawiać z Warszawą tonem, jakiego używa się wobec niesfornego podwładnego.
To zachowanie było nie tylko chamskie. Ono było zwyczajnie głupie. Bo w dyplomacji tupet nie zastępuje rozumu, a lojalność wobec własnego prezydenta nie daje prawa do publicznego pouczania premiera kraju-sojusznika.
Ale jeśli komuś wciąż było mało dowodów na to, że Tom Rose całkowicie pogubił granice, to przyszedł moment absolutnego dyplomatycznego dna. Ambasador Stanów Zjednoczonych uznał za stosowne wejść w pyskówkę z anonimowym internautą i odpowiedzieć mu pytaniem godnym szantażysty z kiepskiego filmu klasy B: czy USA mają „zabrać wszystkich żołnierzy i cały sprzęt”. To już nie była ani dyplomacja, ani nawet polityka. To była emocjonalna szarża na oślep, grożenie Polsce palcem i sugerowanie, że obecność amerykańskich wojsk jest łaską, którą można w każdej chwili cofnąć jak obrażony landlord klucze do mieszkania.
To przechodzi wszelkie granice chamstwa. Ambasador kraju, który sam aktywował artykuł 5 NATO po 11 września, który korzystał z krwi i lojalności polskich żołnierzy w Afganistanie, dziś pozwala sobie na retoryczne pytania w stylu: „to może się spakujemy?”. Czterdziestu czterech poległych Polaków nie zasługuje na takie twitterowe popisy. Sojusz nie jest kijem do straszenia, a wojsko nie jest argumentem w internetowej pyskówce.
W tym momencie Rose przestał wyglądać jak ambasador. Zaczął wyglądać jak nieobliczalny komentator, który dostał za duże konto, za duży kraj i za mało refleksji nad tym, gdzie kończy się jego rola. Jeśli ktoś tu igra z bezpieczeństwem, to nie marszałek Sejmu. To dyplomata, który pomylił powagę sojuszu wojskowego z emocjonalnym szantażem na platformie X.
PiS tymczasem wietrzy szansę jak sęp krążący nad autostradą. Tajne posiedzenia, dymisje, konferencje prasowe – wszystko naraz, byle głośno, byle brudno. Jarosław Kaczyński i jego drużyna specjalistów od podejrzeń zachowują się jakby marzyli o państwie, w którym marszałków rozstrzeliwuje się insynuacją, a konstytucję zwija w rulon i odkłada na górną półkę, bo przeszkadza w emocjach.
I nie, to nie jest obrona Czarzastego jako polityka. To jest obrona elementarnego porządku. Bo dziś celem jest on. Jutro będzie ktoś inny. A pojutrze obudzimy się w kraju, w którym każdy publiczny urząd można zniszczyć jednym wpisem, jednym posiedzeniem, jedną złośliwą sugestią.
Niech prawica się opamięta. Niech Pałac Prezydencki przestanie udawać trybunał. Niech ambasador przypomni sobie, czym jest dyplomacja. A jeśli ktoś naprawdę ma dowody – niech idzie do prokuratury, a nie na scenę kabaretu politycznego.
I jeszcze jedno, bo tu krew naprawdę zaczyna bulgotać. Chamskie, protekcjonalne zachowanie ambasadora Rose’a wobec premiera Donalda Tuska to już nie dyplomatyczna niezręczność. To tupeciarstwo podszyte ignorancją. Publiczne pouczanie szefa rządu sojuszniczego państwa, sugerowanie mu, że „pomylił adresata” i że powinien besztać marszałka Sejmu według wskazówek z ambasadorskiego konta na platformie X, to poziom rozmowy spod budki z kebabem, nie z salonów dyplomacji.
Rose zachował się jak polityczny influencer na dopingu, przekonany, że arogancja to synonim siły, a głośny tweet zastępuje protokół, kulturę i elementarną inteligencję. To nie jest obrona sojuszu. To jest demonstracja ego, które wyrosło szybciej niż zdolność rozumienia Europy, jej historii i jej alergii na ton namiestniczy.
Premier Tusk odpowiedział spokojnie, krótko i celnie, jak ktoś, kto wie, że państwo nie musi krzyczeć, żeby być poważne. I tym bardziej kontrastuje to z zachowaniem ambasadora, który wyglądał przy nim jak gość, który pomylił briefing dyplomatyczny z internetową awanturą w komentarzach.
Bo państwo to nie jest pałką. A RBN to nie jest śmietnik na polityczne frustracje.

Dodaj komentarz