
Jarosław Kaczyński znów objawił się narodowi i wyznał, że Polska potrzebuje „pełni władzy”. W jego ustach brzmi to jak oferta z telezakupów: „Kup jeden autorytaryzm, a drugi dostaniesz gratis!”. A jako bonus – prezydent, co działa jak taran. Taran, dodajmy, nie z żelaza, ale z dykty i na kółkach, z odpustu. Dudni, trzęsie, a w środku siedzi Karol Nawrocki – chłopiec z doktoratem, który myśli, że smycz od Kaczyńskiego to insygnia prezydenckie.
Nawrocki, nasz „prezydent na baterie”, zachowuje się jak figurka z muzeum woskowych grotesek: trochę się rusza, coś tam mruczy o wartościach, ale każdy widzi, że kabel prowadzi do Nowogrodzkiej. Kibol z doktoratem, homofob w todze, obrońca narodowej wersji bigosu i różańca – oto głowa państwa na miarę marzeń prezesa. Tylko czyje to marzenia? Bo Polaków raczej nie.
A sam Kaczyński? To już osobny kabaret. Żoliborski Napoleon – niski ciałem, wielki w ambicjach – który od lat próbuje udowodnić, że bez niego Polska się rozpadnie. Człowiek, który kiedyś obrażał protestujące kobiety, potem studentów, jeszcze później nauczycieli. Mistrz politycznego chamstwa, który na sejmowej mównicy potrafił nazwać przeciwników zdradzieckimi mordami, a dziś z powagą opowiada o moralności i solidarności społecznej. Ten sam, który nie założył rodziny, poucza całe pokolenia o tradycyjnych wartościach. Fobie ma bardziej rozbudowane niż encyklopedia PWN: Niemcy, geje, kobiety, elity, Unia Europejska. Wszystko groźne, wszystko czyha, wszystko trzeba zwalczyć.
Kaczyński dąży do zniszczenia państwa demokratycznego, bo w demokracji trzeba umieć rozmawiać, a on potrafi tylko rozkazywać. Marzy mu się Polska jak jego kot – posłuszna, cicha i zawsze przy nodze. Niestety, kraj to nie kot. I choć prezes próbuje trzymać nas na krótkiej smyczy, społeczeństwo wciąż ma ochotę gryźć.
A tymczasem Konfederacja tańczy jak panna młoda z kłopotami – raz z PiS-em, raz z PO, raz z własnym cieniem. Mentzen udaje, że leje piwo, ale tak naprawdę sprzedaje pianę – i to tę z dna kufla. Braun – polityczny kaznodzieja, którego poparcie mieści się w marginesie błędu – wygłasza swoje teorie, jakby MOPS rozdawał zasiłki na rozum. A Morawiecki? Ten, niczym wioskowy kronikarz, ogłosił, że „Kaczyński jest sigmą”. Sigma, alfa, omega – cokolwiek. Brzmi to jakby matematykę pomylić z kabaretem.
No i pojawił się najnowszy sondaż – niby PiS pierwszy, 31,4 procent, ale w praktyce to bardziej taka wygrana jak w totolotku, gdy trafi się „trójka”. KO na drugim miejscu z 27 procentami, czyli ciągle w grze. Konfederacja z 11 procentami udaje, że rozdaje karty, choć w rzeczywistości ledwo umie je trzymać. Lewica balansuje na 6,3 procent – czyli żyje, choć w śpiączce. A reszta? Braun, PSL, Polska 2050 – poparcie jak drobne w kieszeni po zakupach. Krótko mówiąc: wielka polityka sprowadzona do marginesu błędu statystycznego.
I w tym cyrku Donald Tusk wygląda jak jedyny człowiek z planu. Człowiek, który zamiast tarana, sigmy i politycznych kaznodziejów próbuje prowadzić państwo w XXI wiek. A że musi przy tym znosić krzyki starzejącego się dyrygenta, pianie młodego barmana i bełkot profesora od teorii spiskowych – cóż, trzeba mieć nerwy jak linie wysokiego napięcia.
Ale spokojnie. Taran z tektury ma to do siebie, że prędzej czy później się rozpadnie. I wtedy zostanie tylko kurz, bigos i kilka żałosnych haseł do cytowania w podręcznikach politologii, pod hasłem: „Jak nie robić polityki”.

Dodaj komentarz